6 września 2015

Rozdzial XIV

Minęły cztery długie dni od pamiętnej zawieruchy w wewnętrznym mieście. Gdy burza uspokoiła się na dobre, na placu nie widać było nic prócz powywracanych straganów, połamanych drew i podartych materiałów. Po ziemi turlały się wtedy nieliczne ocalałe butelki, z którymi ostatecznie rozprawiła się późniejsza nocna settara, już druga w tym tygodniu. Po więźniach, których Lotrikos Wyrte zostawił na pastwę żywiołu, nie było śladu.

Teraz stał oparty o futrynę drzwi posterunku, obracając w palcach metalowy przedmiot, który dostał od ynserackiego kupca tamtego dnia. Torisov wciąż leżał nieprzytomny, a mimo to kapitan Branter nie zwolnił grupy z choćby jednego zadania. Na rzecz ojczyzny! Ta.


Aż podskoczył. Zza pleców dopadło Lotrikosa chrupnięcie zbyt głośne, niżby mógł się tego spodziewać.

– Można przejść? 

– Jasne. – Zrobił krok naprzód, by przepuścić w drzwiach kolegę. Odkąd Torisov zasnął, Isteryd chodził jakiś przybity i dziennie spożywał teraz więcej herbatników, niż przedtem przez tydzień. 

Lotrikos odprowadził podążającego ulicą przyjaciela wzrokiem, gdy ten zakładał strażniczy hełm i poprawiał zsuwający się naramiennik. Maenne wyruszył na patrol godzinę temu i jeszcze nie wrócił, a ostatnie dzisiejsze odwiedziny Brantera mieli już za sobą, więc Wyrte ponownie wpasował się w futrynę i na powrót zaczął obserwować spokojną ulicę.

Od czasu, kiedy zniknął król, było w mieście jakby mniej roboty. Po aferze z przebierankami o zniknięciu dowiedzieli się wszyscy – nietrudno było wędrować plotkom, gdy zaraz po settarze wszyscy handlarze i słudzy wyszli na dziedziniec, by posprzątać resztki ocalałego dobytku.

Dzień w dzień szukano władcy – ale ten widocznie przepadł na dobre. Znaleźli już się tacy, którzy twierdzili, że król Aderan III upozorował swoje porwanie, by wyrwać się z miasta, w którym go nienawidzono.

Tak czy inaczej, centrum Trenssy odetchnęło z ulgą na wieść o braku rządzącego. Sprawami niecierpiącymi zwłoki opiekowała się ponoć cioteczka samego króla, która miała przybyć jedynie na uroczystość, ale przez wzgląd na rozwój sytuacji pozostała na zamku i zamierzała zająć się królestwem przez czas bliżej nieokreślony.

Można by się spodziewać niesubordynacji i buntów, ale Wyrte od czterech dni nie spotykał nawet ludzkich twarzy kipiących złością, które przedtem zwykł widywać w drodze do pracy. Było bardzo spokojnie.

***

– A nawet za spokojnie – odparł Parran na zapewnienia Czarnego odnośnie porządku panującego w mieście. Siedzieli w jego małym mieszkanku, po bogatszej stronie miasta, gdzie ściany były na tyle grube, by powstrzymać ciekawskie uszy przed próbami odkrycia ich planów. – Mówię ci, że lada dzień zacznie się kompletny burdel. Na razie ludzie odpoczywają, ale jak tylko zauważą, że nikt ich nie pilnuje… sam zobaczysz.

– Przecież na zamku siedzi ciotka Aderana, która może i nic nie robi, ale przynajmniej wszystkim wydaje się, że jest ktoś, kogo powinni się słuchać – Fersé odparł lekko, bujając się na krześle, które za każdym odchyleniem skrzypiało złowrogo, obiecując rychły koniec swych dni.

– Ciotka nie porządzi tu długo. Szybko jej się znudzi – dojdzie do wniosku, że to nie robota na jej podeszły wiek. Pozostaje kwestia tego, jak to rozwiąże – o ile Aderan się nie znajdzie, a na to się na razie nie zapowiada, zostaną jej dwa wyjścia. Albo będziemy żyć w kompletnym bezkrólewiu, albo tron Drithenii zostanie szybko przehandlowany.

– Właśnie, właśnie – podchwycił Fersé. – O tym też chciałem pogadać.

– O czym?

– O handlu. Słuchaj, nie mam pojęcia, czy wiesz, ale podziemie aż kipi radością z braku króla.

– Ciężko nie zauważyć – mruknął Parran, dopijając ciepłe już piwo. Zasadniczą wadą tego miejsca był całkowity brak okien. Choć na zewnątrz podziwiać można było jaskraworóżowy zachód słońca, oni siedzieli przy świetle świec rozstawionych po meblach z ciemnego drewna. Niemożliwość wywietrzenia pomieszczenia nie pomagała, szczególnie w tak upalne dni.

– Panuje całkowite rozprężenie, handlarze wychodzą na powierzchnię, nie bojąc się straży. I w zasadzie mają rację – ale nie powinni myśleć jedynie o prawach, które na razie nie są w stanie im zaszkodzić. Wydaje im się, że mogą wszystko. Od lat nic tam się nie zmieniało – nie było nikogo nowego, doświadczeni gracze nie zmieniają stołów, rozumiesz. I są święcie przekonani, że tak pozostanie nawet teraz. – Parran zmrużył oczy na te zapewnienia. 

– Co planujesz?

– Słuchaj. Jesteś szanującym się złodziejem, a ja wiem co nieco o sztuce znikania stamtąd, gdzie mnie oczekują. Zawsze byliśmy pół metra niżej, niż zwykli mieszkańcy, i pół kroku wyżej, niż podziemie. Doszły mnie słuchy, że zaginął kupiec, który rozprowadzał niltheę po tej stronie miasta.

– Nie będę sprzedawał prochów. – I nie ze względu na przekonania. Po prostu była to zbyt głośna robota, po której ewentualnym ujawnieniu z więzienia już się nie wychodziło.

– Nawet cię o to nie proszę. Chcę, żebyś pomógł mi dotrzeć po tej urwanej nitce do samego serca dritheńskiego handlu niltheą. Nie zamierzam być pośrednikiem. Chcę mieć monopol na nią w wewnętrznym mieście, blisko zamku. Chcę wiedzieć, skąd ona się bierze.

Parran zastanowił się przez chwilę, splatając ręce na piersi. Faktem było, że nigdy nie słyszał choćby skrawka informacji o tym, skąd pochodzi substancja, którą od – imienia patronki wyższego poznania – nazywano niltheą. Niezaprzeczalnym faktem było to, że uzależniała gorzej od alkoholu i była droższa od phinreńskiego ziela, które palono po północnemu – w długich szklanych fajkach z cieniutkim cybuchem i sprawiającą wrażenie zbyt dużej główką.

Nilthea była czymś innym, czymś, co trudno było określić słowami. Wyglądem przypominała szlachetne kamienie, nieoszlifowane, o kolorze wyrazistego lub nieco przygasłego turkusu. W normalnych warunkach można było dostać malutkie jej fragmenty, przypominające wyłupane cząstki jakiejś większej całości.

Skąd się brała, czy była czymś naturalnym, czy może można było ją produkować sztucznie – nikt nie wiedział.

Nie, nie. Ktoś musiał wiedzieć. Parran uśmiechnął się krzywo. Czarny Fersé rzucił mu wyzwanie, a on zamierzał je podjąć.

– Ile będę z tego miał?

– Jedną trzecią – odparł bez zastanowienia.

– Bardzo potrzebujesz pomocy – raczej stwierdził, niż zapytał. – Od czego zaczniemy? – Fersé uśmiechnął się szeroko. Chyba zapomniał już, jak łatwe było przekonanie starego znajomego do tak obiecującej współpracy.

– Gdzie ostatnio widziałeś jakiegoś kupca z Okiem? 

Oko Nilthei, znak rozpoznawczy handlarzy narkotykiem. Parran znał go aż za dobrze.

– Nie biorę tego… – Chwilę, chwilę. Czy nie widział jednego z kupców podczas jego pierwszego spotkania z Illytheą? – Wiem. Któryś z nich kręcił się na rynku obok fosy.

– Kiedy?

– Sześć dni temu. Widziałem go w czasie settary. Niski, chudy, szybko zniknął mi z oczu. – Fersé pokiwał głową powoli, zastanawiając się nad czymś.

– Mogą cię znać, mnie też. Niebezpiecznym byłoby pokazywanie się w dzień na targu.

– Rozmawiałeś o tym z Rudą? – Czarny westchnął ciężko na to pytanie i ze świstem wypuścił powietrze.

– To twoje pierwsze zadanie. Ciebie na pewno się posłucha. – Parran pokręcił głową, śmiejąc się.

– Coś ty jej zrobił, że tak koślawo się dogadujecie? 

Fersé przestawił szklankę, by stała tuż przy krawędzi stołu, po czym ułożył równiutko rozrzucone po nim kartki.

– Stare sprawy. Ale od jakiegoś czasu przynajmniej ze mną rozmawia. Z pewnością przyda nam się nie raz, więc postaraj się przekonać ją, że nie robi tego dla mnie.

***

W Drithenii już dawno nie było tak spokojnego dnia. Lotrikos zaryzykowałby stwierdzenie, że w ciągu całej jego służby nie trafił się taki, który można było po prostu przesiedzieć i nie musieć o niczym myśleć.

Był dziś ósmy dzień tygodnia, aderantad, dzień chwalenia króla. Dodanie tego dnia do siedmiodniowego tygodnia było pierwszym z zarządzeń, jakie wydał Aderan III, gdy tylko objął we władanie całą Trenssę. Według prawa, czas od świtu do zachodu słońca miał być poświęcony tylko czynnościom, przez które choć w małym stopniu oddawano cześć władcy.

A skoro nie było króla, mieszkańcy dostali jeden dodatkowy dzień na wypoczynek. Gdyby tylko było tak na stałe! Cóż to mogła być za wspaniała tradycja!

Słońce zaszło, więc Lotrikos wszedł na posterunek, zamknął za sobą drzwi i zapalił jedną ze świec. Usiadł przy stole w oczekiwaniu na pozostałych dwóch strażników, którzy powinni niedługo wrócić z patrolu.

Raz jeszcze spojrzał na metalowy przedmiot, na którym zaciskał palce od czterech dni. Kupiec, który mu go dał, kazał go użyć, gdy tylko Wyrte będzie chciał dostać się do ów człowieka. Jak się okazało, przedmiot był niewielkim puzderkiem, zbyt dużym na przywieszenie jako wisior, zbyt małym na schowanie czegoś konkretnego. Lotrikos miał niemałe kłopoty z jego otwarciem, a gdy wreszcie udało mu się wcisnąć cieniutki sztylet odrobinę do środka i podważyć wieczko, jego serce zaczęło bić mocniej w reakcji na kłębiące się w głowie nadzieje.

Czego w ogóle oczekiwał? Wskazówki, jak dotrzeć do kupca, może skrawka mapy, może jakiegoś tajemniczego energetycznego kompasu, może krótkiego liściku z adresem.

Minęło pięć dni, podczas których Lotrikos musiał tłumaczyć przed wszystkimi niezapowiedziane wakacje Torisova – nikt poza Isterydem i Maenne nie wiedział oczywiście, co tak naprawdę przydarzyło się ich przyjacielowi. Sam Branter wydawał się być bardziej szczęśliwy z faktu, że będzie mógł zrzucić więcej zadań na mniejszą liczbę osób.

Od pięciu dni Torisov leżał nieprzytomny w swoim własnym domu.

Wszystko dlatego, że Wyrte, zamiast poszukać mądrych odpowiedzi, postanowił zaufać południowemu kupcowi, którego tajemnicza wskazówka okazała się być zamkniętą w metalowym puzderku bawełnianą skarpetką.

W poczuciu zażenowania na tę myśl potrafił tylko zakryć twarz dłonią i nerwowo się zaśmiać.

Skarpetka.

NASTĘPNY ROZDZIAŁ ⚜ - wkrótce
------------------------------------------------------- 

Od jednej ze sprawdzających usłyszałam "Nie jest źle - wygląda na ciszę przed burzą... Tak, Vess. To oznacza, że zaraz musi się zacząć burza, a nie dalsze pieprzenie." Ma rację dziewczyna, co tu dużo mówić. Dlatego pytam:

  • czy Illythea zgodzi się wziąć udział w grze o niltheę? - dlaczego tak? dlaczego nie? 
  • Co stanie się z miastem za rządów cioteczki Uynn? Będzie kipiało szczęściem, czy może zostanie sprzedane komuś, kto tylko czeka na tę okazję? 
  • I najważniejsze. Nie pamiętam, czyj to był pomysł, ale pozdrawiam tę panią (tak, to na pewno była pani) serdecznie (serio, bardziej prowadzącego donikąd pomysłu tu nie mieliśmy ^^). Powiedzcie mi - co dalej z tą skarpetą?! Jak ma jej użyć Wyrte i jak może to pomóc śpiącemu wciąż Torisowowi?
  • Coś jeszcze? Śmiało! Jestem otwarta na propozycje.

No, nad czym się zastanawiasz? Powiedz mi w komentarzu, co ma się stać w kolejnym rozdziale!

Przypominam o trwającym konkursie - w tym rozdziale znajdują się odpowiedzi na dwa z trzech pytań. Chyba nie chcesz, żeby ktoś inny zgarnął twoje nagrody?
https://www.facebook.com/pages/Vessna-Storiae/1406484456348743?ref=ts&fref=tsĆwierkacz

Fejsbuki nie gryzo.

14 komentarzy:

  1. W nastepnyn rozdziale przy rozmowie z Ruda mozna by wspomniec czemu tak nie lubi Czarnego - moze kiedys ja zostawil sama na pastwe losu? Nie wiem :) I niech sie zgodzi, ale nie od razu - bedzie ciekawiej! ;D
    Cioteczka... hmm... mysle ze mozna zrobic z niej dobra wladczynie, choc niekoniecznie, a skarpeta? Mize jakas brakujaca do pary?? XD rzeczywiscie prowadzi do nikad xD
    Iza
    P.S. Pierwsza!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brakująca do pary, mówisz? To jest jakiś trop :D.

      Usuń
  2. Na wstępie chcę powiedzieć, że masz najcudowniejszy komunikat o cookies, jaki kiedykolwiek widziałam <3
    Zacznę od skarpetki (paradoksalnie, wydaje się najprostsza do rozwiązania). Dla Wyrte to może być tylko zwykła skarpetka, ale może jego żona dostrzeże, że jest ona zrobiona z niezwykle luksusowego, ale rzadkiego materiału - rzadkiego, bo sprowadzanego z kraju, w którym praktykuje się czarną magię, a to, jak wiadomo, nie sprzyja żadnym kontaktom, nawet handlowym. Niewykluczone więc, że handlarz, który dał Wyrte skarpetkę, może być jedynym, któremu udało się potajemnie przedostać.
    Teraz cioteczka. Dla mnie jest podejrzana. Skorzysta z okazji i przejmie władzę. Może miała coś wspólnego ze zniknięciem wychodka, w którym zamknięto króla. Albo nie miała - a wtedy będzie szukała porywaczy wśród kogoś z zamku, a wtedy wszyscy będą w większym niebezpieczeństwie niż kiedykolwiek.
    Illythea nie zgodzi się. To by było za proste! Ale dlaczego się nie zgodzi? Tego już niestety nie wiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha! Bardzo dziękuję za tę pochwałę.

      Byłam święcie przekonana, że Illa ma się zgodzić na propozycję, wy cwaniaczki, zawsze mam przez was pod górę ;).

      Usuń
    2. To niech się zgodzi, to będzie jeszcze bardziej przewrotne! Ale do tego musiałaby mieć jeszcze baaaardziej niesamowity powód

      Usuń
    3. Ktoś mi sto rozdziałów temu rzucił niezbyt oryginalny pomysł na gorący romans między Parranem a Illą - to mógłby być powód... Ale na szczęście mam wolną rękę, bo parę innych osób powiedziało "nienienienie!" :D.
      Tylko w takim razie, jaki Ruda ma powód, żeby zająć się handelkiem? (Może sama wciąga? xD - chociaż, przepraszam, tego się nie wciąga, ale to wyjdzie kiedyś przy okazji - uhm, a może to jest TA okazja?...)

      Usuń
    4. Witam
      Pozwolicie że wtrącę się w rozmowę? :)
      Według mnie Illa nie powinna się zgodzić a przynajmniej nie od razu. A powodem może być właśnie to, że kiedyś "wciągała" (ona lub ktoś jej bliski) i nie skończyło się to zbyt dobrze. Tylko nie wiem co mogłoby ją potem przekonać żeby jednak się zgodziła.
      A co do cioci to zgadzam się że powinna przejąć władzę i zaprowadzić porządek, bo nie wydaje mi się że będzie chciała sprzedać miasto. :)

      Usuń
    5. Dzień dobry wieczór, Galenie :).

      Z tym braniem to może by nawet sensowne było, tylko właśnie - co ją potem przekona, że jednak warto? Pieniążki? Uczucia? Niespełnione obietnice?

      Usuń
  3. Nadrobiłam zaległości! I pierwszy komentarz mi wcięło, że też nie skopiowałam ;(
    Illa może się zdecydować, aby wynagrodzić Parranowi spieprzoną akcję na początku znajomości. Ponadto Parran może ją zapewnić, że celem akcji jest rozbicie szajki handlującej narkotykiem, więc skoro straciła kogoś przez uzależnienie będzie to dla niej forma zemsty. Potem prawda wyjdzie na jaw i.. będziemy się martwić jeśli tak będzie ;p
    Ciotka może rządzić a w międzyczasie po cichaczu zlecić porwanie Aderana, żeby przehandlować koronę. Po co? Żeby zapewnić sobie byt na stare lata (bo przy Aderanie nie mogła być pewna co się z nią stanie), a może ma kochanka który zmanipulował starą cioteczkę dla własnych korzyści. Chce się wzbogacić na sprzedaży albo odwrotnie - kupić tron aby zwiększyć swoje wpływy (nawiązanie do Twoich przerywników).
    Co do skarpetki - też od razu pomyślałam o drugiej do pary. Może Wyrte zauważy podczas patrolu jakiegoś tajemniczego jegomościa, któremu spod peleryny wystawać będą girki z tylko jedną skarpetką? Pójdzie za nim i? Może nowa postać oferująca pomoc w wybudzeniu przyjaciela, ale nie za darmo. Może jakaś przysługa, albo... wielki kawał nilthei? Skąd ją zdobyć skoro trudno uchwytni kupcy sprzedają tylko pokruszone kawałki? Może losy Wyrte i Parrana z Illą jakoś się skrzyżują?
    Podoba mi się to wymyślanie ;) Trzymam kciuki za następny rozdział

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hah, bardzo się cieszę, że odnajdujesz w tym radość :). Ja także, czytając, co nawymyślaliście. Myślę sobie, że to niegłupi pomysł połączyć wątek cioteczki z historią grupy Irrathinara i wyprawy po Ognika (którego tożsamość, jak mi się zdaje, już kiedyś ustaliliśmy pod jakimś rozdziałem). Tylko nie do końca wiem, jak poszukujący osoby kojarzącej się z ogniem mieliby trafić na drogę ku cioteczce, która teraz przecież siedzi na tronie.

      To już kolejny głos za skarpetką do pary - więc zaklepane, tak to będzie wyglądać ;). Jakoś to ogarnę.

      A "duży kawał nilthei" też mi już maluje jakąś akcję, chociaż nie wiem, czy pasuje akurat do postaci Lotrikosa. W końcu on taki prawy, i fokle, i fokle!

      Usuń
  4. Witam, witam :-).
    Długo mnie nie było, oj długo. Widzę, że pojawiło się sporo statystyk (gratuluję tak dużej popularnosci strony!). jest i też kolejny rozdział.
    Kota nie ma, myszy harcują :-). Niby na ulicach spokojnie, ale trochę to przypomina ciszę przed burzą. Mamy i wątek mafijny (jakoś ta narkotykowa propozycja nasunęła mi skojarzenie z "Ojcem chrzestnym" :-P).
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kogóż ja tu widzę? ;)

      Wygląda na ciszę, wygląda. Trochę gorzej, że chyba teraz wypadałoby, żeby rozpętała się burza. Albo chociaż taka mała burzka. Aż się boję, co z tego wyjdzie ^^.

      Usuń
  5. A może niech cioteczka chętnie przejmie władze u uzna ze to jej się nawet należy, ale żeby nie było tak łatwo to mogła by powoli wpadać w manię prześladowczą

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niegłupi pomysł! Dziękuję i pozdrawiam ;).

      Usuń