Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwony piach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwony piach. Pokaż wszystkie posty

6 września 2015

Rozdzial XIV

Minęły cztery długie dni od pamiętnej zawieruchy w wewnętrznym mieście. Gdy burza uspokoiła się na dobre, na placu nie widać było nic prócz powywracanych straganów, połamanych drew i podartych materiałów. Po ziemi turlały się wtedy nieliczne ocalałe butelki, z którymi ostatecznie rozprawiła się późniejsza nocna settara, już druga w tym tygodniu. Po więźniach, których Lotrikos Wyrte zostawił na pastwę żywiołu, nie było śladu.

Teraz stał oparty o futrynę drzwi posterunku, obracając w palcach metalowy przedmiot, który dostał od ynserackiego kupca tamtego dnia. Torisov wciąż leżał nieprzytomny, a mimo to kapitan Branter nie zwolnił grupy z choćby jednego zadania. Na rzecz ojczyzny! Ta.

10 lipca 2015

Zimny przerywnik II


W Virithadzie zawsze brakowało porządnych środków transportu. Od kiedy  Irrathinar sięgał pamięcią, nawet zwykłe zwierzęta zdolne do przewożenia ludzi na swych grzbietach zdarzało się widywać poza Gotstranhaimem niezwykle rzadko. Nikt nie znał przyczyny tej sytuacji, ale sprawiała ona, że ludzie z południa przyzwyczajeni byli do pieszych wędrówek.

Irrathinar wraz z dwójką towarzyszy spędził w podróży cztery długie dni, podczas których śnieg i mróz nie chciały odstąpić ich na krok. Brodzili w świeżym białym puchu sięgającym kostek, po wydeptanych wcześniej drogach, a kiedy choć na moment schodzili z głównego traktu, wpadali w zależałe zaspy po kolana.

Ponieważ stara południowa zasada dotycząca dalekich wypraw mówiła, że to dowodzący powinien odezwać się na nich pierwszy, cisza trwała nadzwyczaj długo. Irrathinar musiał przemyśleć sporo spraw, a milczenie pomagało w rozważaniach na egzystencjalne tematy. 

Zapadał znów zmrok, gdy z daleka zaczęli dostrzegać falujące światła pochodni miasta po południowej stronie łańcucha. To tutaj zaczynała się przesławna przełęcz Frent-Zighat – jedyne bezpieczne przejście przez zdradzieckie góry. Pewniejszym swego życia można było być tylko omijając pasmo od południa – i nadkładając przy tym kilkanaście dni drogi.

 Przeszywające zimno wzmagał ciągnący od wschodu wiatr, a oni – o ile jako mieszkańcy tej części świata byli do mrozu przyzwyczajeni, o tyle ten znosili wręcz fatalnie. Suchy, świdrujący, przenikający każdą komórkę ciała. Nie wolno było się zatrzymać – jedyną ochroną przed rychłą śmiercią było kontynuowanie mozolnej wędrówki.

Ciepłe światło ogrzewało wzrok, gdy wędrowali w stronę miasteczka. Z tej strony nie było strzeżone w żaden sposób – dopiero górzysta granica mogła stanowić przeszkodę na drodze ku Trenssie.

Frent był spokojnym miejscem. Niewiele się tu działo, jeśli nie liczyć ciągłych zatrzymań i przesłuchań w sprawie nasilającego się przemytu nilthei, której zwyczaj ciągłego zażywania pustynni kupcy starali się zaszczepić w południowych sercach.  

Idąc wąskimi ulicami, nie spotkali żywej duszy, ponieważ pod wieczór mało kto miał ochotę wychodzić na dwór – było po prostu zbyt zimno. Nie rozważając nawet innych opcji, zatrzymali się w gospodzie „Nad przepaścią”, w której Irrathinar spędził wiele lat swojej młodości, gdy jeszcze pracował w górach jako jeden z królewskich wojowników.

„Nad przepaścią”, jak sugerowała nazwa, faktycznie leżała nad przepaścią – nad pierwszym od południowej strony uskokiem skalnym, którego gładki kamień odbijał księżycowe światło każdej bezchmurnej nocy. Niegdyś można było w cieplejsze dni zasiąść przy stolikach znajdujących się na szerokim tarasie i podziwiać oblodzone głazy – do czasu, kiedy jeden z gości, zafascynowany rozpościerającym się przed nim widokiem, nie zauważył zbyt niskiej balustrady – i runął wraz z nią po skalistej ślizgawce. Karczmarz, jak Irrathinar miał się okazję tej nocy przekonać, wciąż opowiadał przyjezdnym, że gdy wychylą się wystarczająco przez jedno z małych okienek, z pewnością dojrzą w otchłani na wpół rozłożone ciało nieszczęśliwca. Ot, miejscowa atrakcja turystyczna.

– Już parę lat temu słyszałem o tych burzach w Trenssie – przytaknął Oltrech, jeden z dwójki towarzyszy w drodze ku północy, pociągając solidny łyk piwa, gdy usiedli przy jedynym wolnym stole. Wbrew wędrującemu przekonaniu, że we Frencie mieszka niezwykle mała liczba osób, tamtejsze wnętrza tętniły życiem noc w noc. Wesoły ogień buchał w kominku, a opłacony przez karczmarza grajek próbował nadążyć niewyraźnym acz przepełnionym radością śpiewem za dźwiękami, które wydobywał ze swej lutni.

– Ja teeeż! – prawie krzyknęła Aalora, dwudziestotrzyletnia brunetka, którą król nakazał Irrathinarowi zabrać ze sobą jako straż przyboczną. – Ponoć w południe cała ziemia się unosi, robi się duszno i gorąco. Och! Jak tam musi być pięknie! Byliście tam kiedyś? – Dwóch mężczyzn spojrzało na siebie porozumiewawczo. Dopóki Irrathinar, dnia drugiego od wyruszenia, nie odezwał się słowem, dopóty dziewczyna wciąż wzdychała i pomrukiwała ze złością, przeklinając w myślach prawo, które zakazywało odzywania się na wyprawie zanim zrobi to kapitan, a które bezwzględnie należało uszanować. Kiedy jednak dowódca zdecydował się na ten krok, nie spodziewał się, że przez kolejne dni zalewać ich będą kolejno fale gadaniny, niepotrzebnej ekscytacji i wybuchów radości. Nie znał drugiej osoby, która by mówiła tak wiele, tak głośno i tak entuzjastycznie, i miała przed oczami tak złudnie wesoły obraz świata. A przy okazji była wojowniczką.

– Dawno. Kurz, brud i gorąc. Nic przyjemnego – odparł Irrathinar, który od wielu lat nie wychylał się poza stolicę Virithadu, a trensseńską granicę przekroczył tylko raz w życiu, by naszkicować na mapach północną część łańcucha górskiego, na którego terenach właśnie się znajdowali. Irrathinar generalnie był świata ciekawy i lubił zwiedzać – czy to miasta, czy to przetykane rzadką roślinnością połacie pustego terenu – ale, co sam słabo pamiętał, podczas pobytu na pustyni coś musiało mu się nie spodobać na tyle mocno, że nie zamierzał nigdy tam wracać. A przynajmniej nie z własnej woli.

– Tak się cieszę! – kontynuowała Aalora, unikając wzroku towarzyszy, a swoim błądząc po ścianach pomieszczenia wypełnionych głowami upolowanego w górach zwierza. – Nigdy jeszcze nie przekroczyłam granicy, żadnej. Ciągle tylko śnieg, śnieg, śnieg. Zawsze marzyłam, żeby ubrać się w jakieś lekkie ciuszki i zatańczyć w słońcu, taaak…

Irrathinar wolał sobie nie wyobrażać tak roztrzepanej osoby podczas walki, którą zresztą miała się zająć w wypadku, gdyby ktoś chciał przeszkodzić im w interesach. Nie krył się z opinią, że przy owym przebieraniu się i tańczeniu jej zgrabne ciało i porywczy charakter sprawdziłyby się o niebo lepiej. Kartograf zaczął się nawet zastanawiać, czy władca nie wysłał ich w innej sprawie niż ta, o której mu powiedział. Może czekało ich jakieś oficjalne spotkanie, o którym wiedziała tylko ona, a które nie miało nic wspólnego z wojowniczymi zapędami króla Dotryga. 

Tak czy inaczej, miał nadzieję, że nigdy nie będzie mu dane dowiedzieć się, jak Aalora radzi sobie na polu walki. Od dawna nic go nie cieszyło tak bardzo, jak z to, że – chociaż przeszło mu wcześniej przez myśl, by tego nie robić – koniec końców zdecydował się zabrać ze sobą broń. 

Dzięki, o Nieufności!



⚜ NASTĘPNY ROZDZIAŁ ⚜
-------------------------------------------------------

Jak obiecałam, jest. Krótkie to to i niezbyt pojemne, jeśli o treść chodzi. Nawet głupio byłoby rozdziałem nazywać. Jeśli ktoś coś, to oczywiście na pomysły czekam, chociaż akcji nie pchnęłam do przodu od poprzedniego przerywnika, więc niewiele z tamtych udało mi się wykorzystać - wszystkie jeszcze czekają.

Mam takie nieskrywane marzenie, żeby pisać częściej - tak, jak to miało miejsce w poprzednie wakacje, ale jakoś motywacji mi brakuje. Czytelnicy przychodzą i odchodzą - a to, że odchodzą dzieje się wyłącznie z mojej winy, i wiem o tym doskonale. Z chęcią napisałabym coś nowego, ale Piach jest wciąż na pierwszym miejscu mojej listy. Może jakaś jednopartówka, może coś krótkiego. Marzę o napływie weny, ech.

Następny rozdział, mogę to obiecać, będzie sensowniejszy. Ciężko będzie zejść poniżej dzisiejszego poziomu.

Dzięki, że jesteście.
Buziaki.

PS. Nadrabiam czytanie. Jak o kimś zapomniałam, to się proszę przypomnieć.
PS2. W najbliższym czasie pojawi się ankieta odnośnie do nazwy dla całego piaszczystego świata (wreszcie będzie miał jakąś nazwę, jej!). Mam kilka propozycji i chciałabym, żebyśmy o tym zadecydowali razem, jak na nas przystało ^^. Bądźcie czujni!



https://www.facebook.com/pages/Vessna-Storiae/1406484456348743?ref=ts&fref=tsĆwierkacz

Fejsbuki nie gryzo.

18 kwietnia 2015

Rozdzial XIII


Gdy radosny ogień tańczył już w kominku, a strzelanie niedosuszonego drewna zagłuszyło jęki settary, trójka ludzi siedziała na puchatym dywanie, w rękach trzymając parującą spokojem herbatę. Nie odzywali się.

Kiedy płomienie po raz kolejny buchnęły silniej, Illythea położyła się i podparła na łokciach, po czym rzuciła niecierpliwe spojrzenie obydwu mężczyznom.

– Skąd się znacie? – spytała, gdy wciąż milczeli.

– Mógłbym zapytać o to samo – Parran wzruszył ramionami.

– I ja także – przyznał Fersé. – Ale skoro byłem ostatni, to chyba ja powinienem zacząć. – Co chcesz wiedzieć? – zerknął na Parrana pytającym wzrokiem.

– Na przykład jak to jest, że zaczynasz kogoś szkolić, po czym przestajesz to robić. – Jego ciemne oczy oplotły spojrzeniem długie rude loki. Fersé zaśmiał się szczerze.

– Ależ, ależ! Nie zarzucaj mi niekonsekwencji! Sam wiesz, że zawsze dotrzymuję słowa.

– Aż za bardzo – usta Parrana wykrzywiły się w złośliwym półuśmiechu na wspomnienie dawnych wspólnych wypadów. 

– Nie uczyłam się u Czarnego. – Po tych jej słowach spojrzał na Fersé pytająco, po czym wrócił wzrokiem do dziewczyny.

– To co tu robisz? – Illythea odwróciła głowę w stronę ognia. Przymknęła oczy. 

– W zasadzie, to ja też jestem ciekaw – przyznał Fersé. – Nie zrozumcie mnie źle, ale nie byłem przygotowany na odwiedziny starych znajomych.

– Nie chciałeś pochwalić się nowym mieszkankiem? – Parran zaśmiał się, omiatając wzrokiem pomieszczenie. Było malutkie, znajdujące się we wgłębieniu między dwiema większymi kamienicami tak, by nie zwracało uwagi – a jednocześnie bardzo przytulne: wszędzie, gdzie nie spojrzeć, leżały mięciutkie dywany i wielkie poduszki. Mebli było raczej niewiele, jeśli nie licząc kilku regałów zastawionych książkami i przykurzonymi rupieciami. W rogu pokoju, w którym siedzieli, wciśnięte były wąskie schodki, prowadzące na górę.

– Długo mnie tutaj nie było. Kiedy wróciłem, nagle okazało się, że Xanffres zmarł, władza się zmieniła, a w mieście panuje straszny bałagan. Sam wiesz, że przy takich okazjach robienie interesów to czysta przyjemność;  choć, prawdę mówiąc, okazja wcale nie minęła – Aderan nie zauważyłby nawet, gdyby mu cały zamek zwinęli spod nosa. A, właśnie. Wiecie coś na ten temat? Co się z nim stało?

– To ty ostatnio siedziałeś na jego taborecie, panie królu.

– Nigdy tak o tym nie myślałam, ale faktycznie można cię z nim pomylić, Fersé. Z daleka. I właściwie od kiedy jesteś blondynem?

– Bez złośliwości, moi drodzy. Wiem tylko tyle, że on zniknął. Tak po prostu, tuż przed uroczystością. Wygląda na to, że został uprowadzony.

– Nie szukaj w tym drugiego dna – wtrącił Parran. – To idiota. Równie dobrze mógł zejść do lochów i sam się zatrzasnąć w którejś z cel.

– A jeśli nie? Pomyśl tylko, jeśli coś mu się stało – leży gdzieś zakrwawiony, bez ręki i nogi – dobrze byłoby go znaleźć.

– I zostać oskarżonymi o okaleczenie bezpotomnego władcy? Świetny pomysł.

Illythea westchnęła ciężko, po czym powoli wstała i poprawiła włosy.

– Co jest?

– Nic. Nie mogę siedzieć w nieskończoność w jednym miejscu. Poza tym mignęły mi gdzieś tutaj jakieś pyszne ciasteczka – odparła, kierując się w stronę kuchni. Wzrok Parrana przykuła krwiście zabarwiona skóra spodni wokół ran, jakich dziewczyna nabawiła się podczas szalonego biegu do kryjówki. Materiał porwany był trzema równoległymi szarpnięciami kolczastych łodyg, ale ona zdawała się kompletnie nie zwracać na to uwagi. Widok, owszem, był przedni, ale jednocześnie niepokojący. Wizja kobiety, która nie przejmowała się bólem, nie przekonywała Parrana. Jeśli nie u Czarnego, być może u kogoś innego. Musiała się gdzieś uczyć sztuki przetrwania. Po prostu musiała.

– Czuj się jak u siebie – rzucił Fersé.

– Nie omieszkam.

***

Siedzieli wszyscy wspólnie na największym posterunku straży w wewnętrznym mieście. Ale kiedy głównodowodzący dritheńskiej straży chwalił swych podwładnych za dobrze wykonaną pracę, przed oczami Lotrikosa Wyrte stanęła scena, której świadkiem był niecałą godzinę wcześniej. Obserwował dwóch więźniów rzeźbiących w maśle. Jednego, Erme Artystę, znał dobrze z opowieści o jego złodziejskich dokonaniach. Czasem, jak mówili mieszkańcy, nawet w biały dzień widać było śmigające po dachach obrazy i gęstą kolorową czuprynę, szarpaną przez ciepły wiatr.

Drugiego, niesamowicie otyłego i zupełnie łysego, który łyżkami zjadł prawie cały maślany blok, zanim ten zdążył choćby zacząć się topić, nie kojarzył zupełnie. Krążyły wśród straży legendy o więźniu, który potrafił skonsumować dosłownie wszystko, ale Lotrikos nigdy nie wierzył żołnierzom, którzy spędzali życie w zamku. Głupota króla ponoć potrafiła być zaraźliwa.

Śmiech przeczekujących burzę na komendzie rozniósł się po wszystkich jej pomieszczeniach. Wyrte nie odwrócił się nawet, by sprawdzić, co zabawnego się wydarzyło.

Z jego naprędce poczynionych obserwacji jasno wynikało, że dwoma skazańcami nikt się nie zajął podczas ucieczki przed wichurą. A skoro to on stał najbliżej, on powinien się o nich zatroszczyć. I jeśli tego nie zrobił, oznaczało to, że więźniowie zostali na zewnątrz – i albo już nie żyją, albo niedługo przyjdzie im się z tym światem pożegnać. 

Piach sypnął wściekle w okno, przez które spoglądał na zakurzoną ulicę.

Skazał ich na śmierć.

***

– Podsumujmy: siedzimy pod stertą drewna – gdyby nie podest, na którym rzeźbiliśmy, pewnie już by nas zwiało. Na zewnątrz szaleje settara. Pozostałych dwóch już z nami nie ma – kiedy ostatnio ich widziałeś? Jestem głodny, w poszarpanych ciuchach i przykuty do jakiegoś głazu. Coś jeszcze?

– Masło kapie ci na kolano.

– A tak, masło. Niedobrze mi.

– Nie ma się co dziwić, skoro w pół godziny zżarłeś pół tony tego–

– Nie wymawiaj tego słowa więcej, błagam.

Erme Artysta uniósł ręce w poddańczym geście. Siedzieli naprzeciwko siebie, skuleni pod nieco zapadniętym po środku, drewnianym podestem, na którym wcześniej rozgrywała się maślana konkurencja. U ich lewych nóg ciążyły ogromne kamienie, które przedtem gwarantować miały niemożność ucieczki. Trzeba było przyznać, że nawet gdy wichura się zerwała i z miejsca uroczystości oddalili się niemalże wszyscy, łańcuchy wiążące więźniów z głazami spełniły swą rolę aż nazbyt dobrze.

– Masz pilniczek? – spytał grubszy z mężczyzn, którego imienia nikt już nie pamiętał. Nikt też nie wiedział, kiedy je zapomniano. Starczy, że od dawien dawna mówiono mu Szachraj.

– Mama przysłała mi go ostatnio w ciasteczkach. – Artysta uśmiechnął się, tak jak zwykł to robić, gdy na chwilę tracił kontakt ze światem rzeczywistym, zatracając się w… Szachraj do końca nie wiedział w czym. We wspomnieniach? W marzeniach? Ciężko było to określić. On także pamiętał czas, w którym sam miał taki wyraz twarzy: z dnia na dzień bardziej niezrozumiały dla otoczenia, dla samego siebie. Było to wtedy, gdy wszystko wokół w jego oczach zdawało się nadzwyczaj dobrze ułożone – choć, jak się potem okazało, dla innych świat, który widział, wprost stał na głowie.

– Ty nie masz matki, Erme.

Drobne ziarenka piasku przesypały się przez dziury w podeście niczym przez zwężenie klepsydry. Coś stuknęło na górze raz i drugi, a potem jedna z desek z boku przesunęła się ku górze, kolejna odrzucona została gdzieś dalej.

Gdy połamane drewno z wolna ukazywało przestrzeń poza zamkniętą częścią ich tymczasowego schroniska, oczom dwóch więźniów ukazała się drobna postać. 

Chłopiec; lat miał może jedenaście, a może trzynaście. Erme nigdy nie był dobry w ocenianiu wieku innych ludzi. Gdy dzieciak schylił się, by przejść pod załamaną częścią podestu, jego przydługie ciemne włosy odbiły przyćmione słońce czerwonym refleksem. Ubrany był całkiem zwyczajnie, choć tkaniny, z których uszyte było czarne odzienie, warte byłby więcej niż nie jeden obraz, który Erme miał okazję w swoim życiu ukraść.

– Co tu robisz, mały? – spytał Szachraj, dziwiąc się szczerze.

– Szukam neesthów – odparł chłopiec, patrząc mu prosto w oczy, a jego wzrok wydał się Szachrajowi dziwnie podobny do tego, którym obdarzał go czasem Erme: i co do którego nie można było być pewnym, czy już oznacza szaleństwo, czy jeszcze zamyślenie.

– To chyba nie jest zbyt dobry pomysł – powiedział po chwili zamyślenia. – Powinieneś się raczej przed nimi ukryć. – Gdzieś w głębi jego skamieniałego serca odezwała się nutka troski, którą jak najszybciej postarał się stamtąd wyrzucić. – Wszyscy powinniśmy się ukryć. To miejsce zaraz się zawali.

– Chodźcie, zaprowadzę was – nieznające troski i smutku dziecięce oczy odwróciły się w stronę szalejącej zamieci, a mała dłoń zapraszała do wyjścia z kryjówki. 

– My nie mamy jak odejść. Jesteśmy…

Przykuci. To chciał powiedzieć. Ale kiedy poruszył nogą, nagle poczuł niesamowitą lekkość. Kajdany, którymi przymocowano im głazy do kostek, leżały obok. Niezniekształcone, nieotwarte, niezniszczone. Po prostu leżały, jakby ktoś wydostał ich nogi, nie używszy do tego ani odrobiny siły fizycznej.

***

Tak szybko, jak wichura się pojawiła, tak i zaczęła zanikać. Po dwóch godzinach nie było już po niej najmniejszego śladu. Korzystając z powstałego wcześniej zamieszana, Lyth wymknął się z zamku, chcąc zaszyć się gdzieś, gdzie w spokoju mógłby pomyśleć, co dalej zrobić ze swoim życiem. Król zniknął, a przecież to on był jedyną osobą, której Lyth mógł zaufać – przynajmniej w kwestii dalszego egzystowania na tym świecie, jakiekolwiek miałoby ono być.

Wpadł nawet na pomysł, żeby króla poszukać, ale szybko z niego zrezygnował, zrozumiawszy, że nie zna nikogo z jego podwładnych na tyle, żeby podejrzewać kogokolwiek o porwanie, ani nawet miejsc, w które lubił chadzać, jeśli założyć, że po prostu wybył, szukając chwili odpoczynku od wszystkiego.

Zdziwił się więc srodze, gdy przed bramami zamku spotkał dwójkę swych przyjaciół. Tych samych przyjaciół, którzy namówili go na samowolne zwiedzanie zamku. Gdy ich zobaczył, naraz wstąpiło w niego zarówno poczucie zażenowania – że tak łatwo dał się złapać strażom, a także duma – że od tej pory żył na zamku, niczym drogocenne zwierzę, którego właściciel nie wypuściłby z klatki nawet za cenę utraty własnej wolności.

Lyth chciał po prostu minąć ich i iść w swoją stronę, ale ci podążali za nim przez kolejnych kilkaset kroków, namawiając do wysłuchania ich słów. Nie chciał.

Dopiero gdy usłyszał „wiemy, gdzie jest król”, stanął, odwrócił się w ich stronę i jął słuchać uważniej.
– To myśmy go uprowadzili. Było nam głupio, żeśmy cię tak tam, do zamku znaczy, wepchnęli i zostawili. I pomyśleliśmy, że jak król na trochę zniknie, to będziesz mógł uciec. No i uciekłeś. 

– Gdzie on jest? – to było jego jedyne pytanie. Wiedział, że nikt nie lubił króla i zdawał sobie sprawę, dlaczego tak było. Ale to właśnie on darował mu życie. A Lyth powinien mu się umieć odpłacić. Duma zabraniała mu być dłużnym komukolwiek, bez znaczenia, jak ów człowiek był postrzegany i jaką miał przeszłość.

Nastała chwila ciszy, po czym padło wypowiedziane szeptem wyznanie:

– Zamknęliśmy go w wychodku – odparł jeden z chłopaków, na co drugi ryknął śmiechem. 

– Żebyś widział jego minę! 

– Gdzie?

– Na końcu Kręgów, wiesz, tam w zaułku zabaw.

Lyth znał to miejsce. Był to placyk pomiędzy czterema starymi kamienicami w najbiedniejszej dzielnicy Drithenii. Na jego skraju stały trzy drewniane budki, każda z wykrojonym na wysokości oczu serduszkiem.

Poszli tam. Czuł się zobowiązany do uwolnienia króla z tej nieprzyjemnej sytuacji. Przesiedział tam już wystarczająco długo i choć Lyth wiedział, że ten będzie najbardziej wściekły na pierwszą osobę, którą zobaczy, to czuł, że po prostu musi tam pójść i go stamtąd wyciągnąć.

Mały kwadratowy placyk skąpany był we wszechobecnym cieniu. Wiatr bujał niedomkniętymi okiennicami, szary kot ze zbyt krótkim ogonem przebiegł gdzieś obok. Trójka dawnych przyjaciół spojrzała w stronę, gdzie winien spokojnie siedzieć zamknięty wbrew swej woli władca.

Wszystkim trzem nagle zrobiło się gorąco. Wiatr zaszumiał złowrogo, cienie stały się jeszcze ciemniejsze, w klaustrofobicznym kąciku zabaw nie było już widać słońca znad wysokich dachów.  

W miejscu, gdzie stać powinna środkowa budka, pozostał tylko równy kwadrat ubitego piachu. 


-------------------------------------------------------
Pierwszy raz chyba udało mi się skończyć rozdział przed upływem miesiąca od publikacji poprzedniego - ale brak czasu moich pań poprawiających teksty skutecznie wydłużył okres oczekiwania. Co by nie było, nic dziwnego, więc przepraszać już nie będę, chyba wszyscy się przyzwyczaili.

Konkrety. Kto wyniósł Aderana? Gdzie? Po co? I jak się dowiedział, że ten siedzi sobie w ciasnej samotni? Jak mały Tanik uratuje dwójkę więźniów od settary? I czy Lotrikos Wyrte zdecyduje się poczynić jakieś kroki, by także dopilnować, że Szachraj i Artysta przeżyją? A może wcale go to nie obchodzi? Jak zwykle, kochani, wszystko zostawiam w waszych rękach.

Ze spraw bardziej organizacyjnych, posprzątałam ostatnio trochę na blogu, choć pewnie ciężko to dojrzeć, i znalazłam w końcu odrobinę czasu na stworzenie miniaturek dla rozdziałów (ładne takie, ojejku ^^). Poza tym przypomniałam sobie, co działo się rok temu, gdy zbliżała się sesja (a jak dla mnie już się powoli zbliża) i chciałabym uniknąć dwumiesięcznej obsuwy w publikacji rozdziałów, toteż chciałabym napisać choć jeden do przodu (pomysłów nie brak, bo wypadnie akurat kolejny przerywnik), by w czerwcu nie było przerwy. Jak mi to wyjdzie, zobaczymy. Trzymajcie kciuki. 

A jak będziecie czekać za długo, to krzyczcie. Ponoć jak ktoś kopie leżącego, to leżącemu łatwiej wstać i się do roboty zabrać. O ile oczywiście leży z powodu swego lenistwa.

25 lutego 2015

Rozdzial XII

– Wyrte! – usłyszał swe nazwisko, gdy szmery niecierpliwości zaczęły roznosić się pośród tłumu. Jarmark trwał w najlepsze, kupcy jak co roku osiągali zyski wyższe niż przez ostatnie dwa tygodnie razem wzięte, a orkiestra przygrywała wesoło. Gdzieś pośrodku kilka roześmianych par podskakiwało w rytm dawnych tańców, znanych jeszcze ze szczęśliwych czasów poprzedniej dynastii.

Porządek spokojnego dnia zakłóciło jednak pewne wydarzenie. Nadszedł akurat moment, w którym król winien był pójść po kilka monet, które w dalszej części uroczystości były zazwyczaj wręczane jako nagroda najlepiej sprawującym się podczas niej więźniom. Władca wstał i udał się więc do zamku, gdzie na małym, ustrojonym na tę specjalną okazję stoliczku leżała skórzana sakiewka. 

Lud zajął się sobą przez kilka minut oczekiwania, które zwykle zajmował panującemu ów spacer. Radosna muzyka czekała na jego rychły powrót.

Lotrikos przyglądał się właśnie jak przestępcy, którzy dopuścili się niegdyś tsnetki biorą udział w jednej z wielu ułaskawiających konkurencji – w tym wypadku rzeźbieniu w maśle. Trzeba było przyznać, że więźniowie bawili się przy tym świetnie, tak samo zresztą, jak najbliżej stojąca publiczność. Cztery wielkie bryły masła – szerokości kroku, a wysokości przeciętnego mężczyzny – czekały niecierpliwie, aż ktoś zatopi w nich dłuto… albo łyżkę.

Jeden z więźniów, jak zauważył Lotrikos, za cel postawił sobie nie stworzenie czegoś pięknego, a zjedzenie całej przydzielonej mu bryły. Łyżka po łyżce, ku uciesze publiczności, udowadniał, ile obchodzą go rozkazy króla.

Był tam też Erne Artysta, człowiek, którego bardziej od sztuki interesowały tylko przekręty finansowe przy sprzedaży obrazów i rzeźb. W niecałe półtorej godziny udało mu się uformować niemalże całą maślaną replikę króla Aderana – i trzeba było przyznać, że jej kształty były łudząco podobne do pierwowzoru. Strażnik był święcie przekonany, że to ten człowiek powinien być jednym z ludzi, którzy dostaną monetę dobrego sprawowania.

Ale nie dostał.

Król nie wrócił.

***

– Ktoś nas jeszcze goni? – wycharczała za siebie pytanie zmęczona biegiem Illythea.

– Dwóch strażników, nie zatrzymuj się – odparł głośno Fersé, by przekrzyczeć gwar ulicy, którą właśnie mijali. Czyżby ludzie tak szybko zorientowali się, że coś się dzieje?

– Gdzie masz tę kryjówkę, o której mówiłeś? – spytał Parran, niespokojnie oglądając się za siebie.
– Po prostu biegnij, stary. Już niedaleko.

Kiedy Illythea po raz kolejny  ominęła nieuporządkowane okazy ulicznej sztuki – pośpiesznie porozstawiane beczki i świeżo połamaną ławkę – Parran nie mógł pozbyć się wrażenia, które już kiedyś go męczyło – że Ruda musiała wcześniej zdobyć gdzieś te umiejętności. Człowiek nie rodził się zdolny do skoków i przewrotów z taką gracją. 

Sam fakt, że znała Czarnego Fersé, dawnego dritheńskiego mistrza akrobatyki użytkowej, który do tej pory nie znalazł godnego następcy na to stanowisko, zdawał się potwierdzać owe przypuszczenia.
Kiedy biegli pośród kolorowych krzewów, przez wciśnięte pomiędzy wille doradców podwórko, jedna z gałęzi zahaczyła o materiał spodni Illythei. Parran zauważył to kątem oka i zwalniał już, przekonany, że dziewczyna zatrzyma się i będzie próbowała wyplątać się z otaczających nogę łodyg.

Jakże się zdziwił, gdy ta przyspieszyła jeszcze, szarpnąwszy się mocno. Słychać było tylko kolce rwące skórzany materiał i jej ciche syknięcie.

Kącik ust Parrana uniósł się ku górze. 

***

Kneraz, gdy tylko usłyszał, że żołnierzy pokonał zwykły brak oświetlenia, stracił wszelką nadzieję na odzyskanie władcy, choćby fałszywego.

Szaty – jeśli tak można było nazwać twórczość młodego krawca – leżały porozrywane na zimnej posadzce podziemnego korytarza. 

– Co się dzieje? – aż podskoczył na dźwięk głosu swego przyjaciela Jersena. – Gdzie nasz nowy Aderan? – spytał, śmiejąc się. Widocznie wieści o gonitwie jeszcze do niego nie doszły.
Kneraz tylko wzniósł na niego zmęczony wzrok i westchnął głośno, podnosząc się ze stołka, na którym siedział.

– Uciekł.

Po wyrazie twarzy Jersena łatwo można było poznać, co właśnie myślał. Początkowo zmarszczył brwi, intensywnie się nad czymś zastanawiając, a potem uśmiechnął się tak, jakby od początku wiedział, jak to wszystko się skończy.

– Czas poszukać prawdziwego, co?

– Chyba nie widziałeś, co dzieje się na zewnątrz. Ja sam słyszałem jedynie krzyki, nie sposób je zignorować. Rozmawiałem już z Trireno, dowódcą straży. Teraz po prostu musimy czekać, aż wszystko się uspokoi.

– Nie lepiej byłoby do nich wyjść i im to wyjaśnić?

Kneraz uniósł brwi.

– Ludowi? Powiedzieć ludziom, że król zwiał, albo że ktoś go porwał? Ich ukochany król?

– Co w tym złego? – Wzruszył ramionami, zalewając przygotowaną wcześniej kawę. – I tak go nienawidzą.

– No właśnie, właśnie. Skoro króla nie ma, wolno im wszystko. Nienawidzą go. Ale nam bunt nie jest potrzebny. Powiedziałem Trireno, żeby udawali, że król spadł ze schodów podczas spacerku po monety. Złamał sobie nogę, nie może chodzić. 

– Może i masz rację – westchnął Jersen. – W takim razie idę trochę odpocząć. Zdaje się, że wszyscy mamy wolne.

***

– … z tego powodu świąteczne obchody zostają przerwane. Proszę rozejść się do domów.
W ogólnym rozgardiaszu trudno było znaleźć kogokolwiek słuchającego słów głównodowodzącego Trirano, stojącego teraz w miejscu, w którym jeszcze niedawno widziano władcę. Ludzie zaczynali panikować, a do obowiązków straży należało uświadomienie im, że nie ma powodów do niepokoju. 

Lotrikos stracił z oczu swą żonę, gdy sam udał się do zwierzchnika Brantera, kiedy ten, nie wiedzieć skąd, nagle znalazł się wśród tłumu. Nie powinien był jej zostawiać, zdawał sobie z tego sprawę, ale w tamtej chwili nie zastanawiał się nawet, co jest dla niego ważniejsze. Już kiedyś popełnił olbrzymi błąd, przedkładając uczucia nad obowiązki względem państwa. Tym razem wiedział, kim był. Należał do straży i tylko to się liczyło. Bezpieczeństwo jego żony warte było tyle samo, ile bycie spokojnym o życie każdego z pozostałych mieszkańców miasta.

Mijało właśnie długie pół godziny odkąd dritheńczycy widzieli ostatnio swojego króla. Trirano dodatkowo orzekł, że ten z pewnością nie pojawi się w najbliższym czasie. I to do końca zburzyło ostatki spokoju, jakie mieszkańcy w sobie utrzymywali.

Rok w rok wszystko działo się według ustalonego schematu: święto zaczynało się od rozkładanych rano targowisk z towarami ze wszystkich stron świata – albo takimi, które miały je udawać. Około południa, gdy radosne westchnienia i głośne pląsy wypełniły górne miasto pozytywną energią, król stawał przed ludem i witał go swą nienaganną, napisaną przez sługi mową. Wtedy obchody zaczynały się na dobre. Więźniowie, główna – jakkolwiek by to brzmiało – atrakcja dnia, próbowali wkupić się w łaski króla przeróżnymi, przemyślanymi wcześniej przez królewskich doradców konkurencjami i można by rzec, że oprócz nich samych wszyscy byli szczęśliwi. Aż do momentu, w którym pierwszy podmuch wiatru nie przepowiedział nadciągającej settary.

Nie minęła nawet czternasta, gdy Lotrikos poczuł na policzku pierwsze delikatne sypnięcie piasku. Nagle prośby o uspokojenie się nabrały innego wydźwięku – i dziesięć minut później sam, wraz z innymi strażnikami, krzyczał po prostu, by poddani nie przejmowali się sytuacją, lecz czym prędzej biegli do domów. Ludzie przepychali się jedni przez drugich, choć w zasadzie wszyscy przecież kierowali się w tym samym kierunku – jedynego mostu łączącego wewnętrzne miasto z kręgiem zewnętrznym. Co bardziej zdesperowani, gdy wiatr zaczął już głośno smagać wyschnięte gałęzie drzew, pobiegli przez rzeczne koryto, mocząc przygotowywane na uroczystość wyjściowe buty w błotnistym podłożu.

Wyrte, popychany i na okrągło szturchany, wciąż jednak trwał na placu, tak samo jak kilku jego kolegów. Wspólnie mieli dopilnować, by wszyscy mieszkańcy dotarli przed wichurą do domów. Nawet niekoniecznie swoich.

Na utrzymywanie porządku nie było czasu.

***

Parran musiał przyznać, że pomysł, by jedyne dojście do kryjówki było możliwe poprzez pobliskie wejście do kanałów, będące na środku sąsiedniego, zacienionego zwykle zaułka, był całkiem niezły. Choć oczywiście na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że mieszkanie w takim miejscu nie jest najlepszym pomysłem. 

Zanim jeszcze zdążył zacząć narzekać w myślach na nieprzyjemną wilgoć, okazało się, że mieszkanie Czarnego wcale nie znajduje się pod ziemią. Z kanałów z powrotem należało wydostać się na górę, wyjściem oddalonym od studzienki o może pięć kroków. Nie było tam ani schodków, ani drabiny, ale kimże byłby Czarny Fersé, gdyby do swego domu wchodził tradycyjnymi sposobami?

W cholewce buta trzymał zawsze cienki pręt, który Parranowi parę razy udało się zauważyć – bo i Fersé nie silił się specjalnie na jego ukrywanie –  ale o którym ten wciąż milczał. Nic dziwnego – jak się okazało, wydłużony metalowy przedmiot okazał się kluczem na miniaturowej teleskopowej pałce.  Stojąc  tuż pod wejściem do kryjówki, w ciemnościach wycelował w zamek, a po chwili cała trójka usłyszała charakterystyczne szczęknięcie. Wyciągnął jeszcze rękę ku górze i słychać było, jak drewniana klapa uniosła się i uderzyła o podłogę po drugiej stronie.

Gdy oczy Parrana powoli przystosowywały się do ciemności, zauważył, że Fersé opuszcza rękę i przekręca drążek do góry nogami. Wyciągnął znów ramię i delikatnie podskoczył, najwyraźniej celując w coś owym prętem. Mięśnie się napięły i chwilę później złapał się kantu wejścia, po czym bez choćby najcichszego stęknięcia wciągnął się na górę. 

Usłyszeli brzdęknięcie metalu, który odkładał obok siebie.

– Podnieś ją – rozkazał cicho, wskazując na Illytheę. Sam wyciągnął ramię w ich kierunku i gdy dziewczyna go dosięgła, odepchnęła się od ramienia Parrana i pozwoliła unieść się do wejścia.

– Jeszcze ty, kruszynko – zaśmiał się Fersé, spoglądając w ciemności na Parrana. Ten uśmiechnął się głupio i odparł najbardziej dziewczęcym głosem, jaki udało mu się wykrzesać ze swego wnętrza:

– Ostatnio trochę przytyłam, proszę pana.

Usłyszeli kobiece parsknięcie, któremu zawtórował głośny dźwięk dochodzący spoza podziemi. Serce Parrana kilka razy zabiło mocniej, ale urywki rozmowy wskazywały na żołnierzy, którzy najwyraźniej mieli już poważniejsze zmartwienia, niż trójka uciekinierów.

Czarny musiał przyznać sam przed sobą, że gdyby miał wciągnąć na górę kogoś jeszcze, do końca dnia nie miąłby w ręku nawet siły, by zamieszać herbatę. Na szczęście jego stary druh siedział już na podłodze obok niego, a on mógł spokojnie zamknąć wejście.

– Słyszeliście? – zagaiła Illythea. – Mówili o piachu. Settara o tej porze?

– Może neesthy się wkurzyły, że zniknął szanowny pan król. Nie będą miały kogo oszukiwać – odparł Parran, rozcierając dłonie. – Zimno tutaj.

– Herbatki? – spytał radośnie Fersé, zapalając stojącą niedaleko świeczkę. Znajdowali się w małym, klaustrofobicznym wręcz pokoiku, z którego były dwa wyjścia – jedno na dół, drugie tuż przed nimi, w postaci niepasujących tutaj zwyczajnych drewnianych drzwi. – Chodźcie.

***

Wichry szalały, chłostając piaszczystymi batami wszystko, co pozostało na dziedzińcu. Stoiska, towary: delikatne naszyjniki latały wysoko, by za chwilę spaść pomiędzy drogie zioła; niezaostrzona broń klekotała o drewno, woda rozlewała się błotnistymi strumykami. Nikt nie zdążył posprzątać przed przyjściem demonów. 

Każdy z mieszkańców schował się gdzie tylko mógł, nawet straż uciekła już z pola walki skazanej na klęskę. I tylko jeden głos niósł się między drobinkami czerwonego piasku.

– Taaaniiik! 

Jednakże jednostajny krzyk niknął szybko wśród wiatrów, a na środek dziedzińca nie dobiegał choćby jeden zniekształcony ton. Tylko monotonny szum otulał chłopca, stojącego pośród piaskowej burzy.

Jego czarnymi jak węgiel włosami targały silne podmuchy, jego niewidzące oczy szukały znaku. Nie wiedział, jaka miałaby to być wskazówka, ani dlaczego właściwie nie wrócił do domu z matką.

Jej delikatna dłoń kołatała się w myślach między resztą wspomnień z ostatnich dni, które zabrał spieszący bezładnie tłum ludzi bojących się czerwieni. Mógł z nią pójść, biec wraz z nimi, i sprawić, że nie musiałaby się martwić. Ale to przecież ona chciała, by przestał zajmować się tym, do czego został stworzony, jego jedyną radością. 

Strumień jej łez nie mógł zmienić jego decyzji, ponieważ zdawał sobie sprawę, iż jego przeznaczenie płynęło teraz tak różną od wybranej przez matkę rzeką. I tylko los mógł wiedzieć, że jej koryto wyschło już dawno temu.



-------------------------------------------------------

Pamiętacie Tanika? Szczerze mówiąc, musiałam sprawdzić, w którym rozdziale wystąpił, bo było to sto lat temu. Celem przypomnienia dla tych, którzy czytają na bieżąco, a pamięć mają taką jak ja: Tanik to syn komornika, do którego Parran wraz z Illytheą włamali się w rozdziale siódmym (fragment drugi, krótki; proponuję szybko tam skoczyć i przeczytać). Dzieciak miał mieć dziwne umiejętności, które matka chciała w nim pielęgnować, a ojciec - nie bardzo. Więcej nie wiemy.

Dlaczego matka zmieniła zdanie? Czym właściwie wyróżnia się Tanik wśród innych mieszkańców? Co to za rzecz, którą trzeba było ukryć? Czym jest Bractwo? A jeśli chodzi o wydarzenia tego rozdziału - wszyscy pouciekali do domów, a co stało się z więźniami? Czy niezawodna straż zdążyła ująć wszystkich? O Czarnym już dyskutowaliśmy, ale jeśli ktoś ma coś do dodania, chętnie poczytam.

Jeszcze coś miałam dodać?...

No dobrze, tym razem muszę przeprosić. Obiecywałam trzy razy, że rozdział będzie "niedługo" - a jest dopiero teraz. I należą wam się wyjaśnienia. Jeśli nie jesteście ciekawi, po prostu dalej nie czytajcie, tylko dajcie znać, jak podobał się wam rozdział - i co ma dziać się dalej ^^.

Całe ferie (które, swoją drogą, dzisiaj się kończą) przesiedziałam nad hiszpańskim. Na studiach sprawy się odrobinę pokomplikowały, dlatego trzeba było się w końcu przyłożyć i udowodnić, że nie jest się beznadziejnym. Jutro czeka mnie ostatni egzamin. Wobec powyższego, szczerze przyznam, że nie pamiętam, kiedy ostatnio przeczytałam książkę, lub chociażby internetowy artykuł po polsku, albo kiedy obejrzałam film w naszym pięknym języku. Dlatego też rozdział wrócił do mnie cały pokreślony - w dwóch wersjach, dodajmy (dzięki, kochane :)) - i z tego powodu jego złożenie zajęło mi zbyt dużo czasu. Tak, tak, muszę przyznać moim paniom od sprawdzania: strona bierna wygląda w polskich opowieściach paskudnie. Tyle w kwestii usprawiedliwienia. Raz jeszcze przepraszam.

Uff. Dzięki za wytrwałość. Wyjaśnienia dłuższe niż sam rozdział, ale czasem chyba wypada. Czekam na wasze pomysły i biorę się za kolejny.

Buziaki!

EDIT: Oczywiście zapomniałam o ważnej rzeczy. Przestałam informować o notkach - brakuje mi na to czasu. Mam nadzieję, że wszystkich informowanych udało mi się osobiście powiadomić. Informowalnia pozostanie, ale już jako miejsce wyłącznie informujące o możliwych sposobach subskrypcji opowiadania. Fajerwerków jak na razie nie ma. Jak coś się zmieni, poinformuję.