Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomysły czytelników. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomysły czytelników. Pokaż wszystkie posty

21 września 2015

Wyniki konkursu - 2 lata Czerwonego Piachu

Na samym wstępie przepraszam oczekujących - wpis miał być wczoraj, ale zastanawiałam się nad pracami długo w noc, powędrowały nawet ze mną do kąpieli, i nie miałam później możliwości zrobienia zdjęć z losowania. Dlatego postanowiłam poczekać z nim do tego pięknego poranka. Wybaczcie.

Jak mówię, nad pracami siedziałam bardzo długo, nawet przy babcinym obiedzie, a w ich ostatecznej ocenie pomagały mi trzy osoby, dzięki którym poszło to szybciej, niż mogłoby pójść (dzięki!). Siedziałam i myślałam, rozważając najpierw między wszystkimi - a drugiego dnia już między trzema głównymi faworytami. Prac dostałam dziewięć, o rożnej długości, napisane różnym stylem i w różnej formie. Tutaj chciałabym też zaznaczyć, że ani długości, ani języka, ani formy zapisu nie brałam pod uwagę - w każdej z prac - które sprawdzałam anonimowo - liczył się wyłącznie sam pomysł. Za wszystkie już podziękowałam - i dziękuję raz jeszcze. Należy wam się duży ukłon, wszyscy niesamowicie się napracowaliście. Nie, to nie tak, że mówię to, bo wypada to powiedzieć. Wiem doskonale, że nad dobrym pomysłem trzeba się napracować nawet bardziej, niż nad samym tekstem. Dlatego jestem pod wrażeniem - dostaliście do rozwinięcia wątek jednej postaci, z jednym miejscem i jedną zaznaczoną sytuacją, która musiała się wydarzyć. Rozbieżność waszych pomysłów była ogromna - gwarantuję, że nie było dwóch takich samych.

Wiem, wiem, ględzę. Wypadałoby chyba już oznajmić to, na co czekacie (i tak wiem, że część z was już dawno przewinęła ekran, by zobaczyć, czy to nie ktoś z was wygrał ;)). Na główną nagrodę - konkursowe puzderko - zasłużyła sobie pani o dźwięcznym pseudonimie

WładczyniKredek

i to właśnie na podstawie jej pomysłu stworzę opowiadanie, które będziecie mogli przeczytać tu, na Piachu. Długo zastanawiałam się nad tym, czy wraz z wynikami powinnam opublikować sam pomysł, zadzwoniłam nawet z tymi wątpliwościami do jednej ze sprawdzających i wspólnie doszłyśmy do wniosku, że winnam to zrobić już wraz z publikacją opowiadania. Kiedy to nastąpi? Zaraz zaczynają się zajęcia, szykuję też trochę zmian na Piachu, spodziewam się więc, że nie prędzej niż w listopadzie. Nie chciałabym, żeby było to zrobione na odwal.

Samej Władczyni z tego miejsca serdecznie gratuluję zwycięstwa. W najbliższym czasie odezwę się mailowo w sprawie wysyłki nagrody i ustalenia szczegółów pomysłu oraz planu opowiadania. Liczę, że dojdziemy do porozumienia ;).

A teraz szybciutko do drugiej części konkursu, tej zakładkowej. Byłam szczerze zadziwiona, kiedy odpowiedzi na pytania zaczęły do mnie spływać w tempie, którego się nie spodziewałam. Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że miałam nadzieję, że będę miała po prostu komu te zakładki oddać. Tymczasem w kuli znalazło się ponad trzydzieści losów z nickami osób, które odpowiedziały na pytania poprawnie - znaczy się, jak tutaj:
1. Co przegryza (zwykle do herbatki) gruby Isteryd w sytuacjach największego stresu i nadmiernego rozluźnienia? => Herbatniczki.
2. Jedna z konkurencji podczas uroczystości Umniejszenia polegała na rzeźbieniu. W jakim materiale rzeźbiono? => W maśle.
3. Po czym rozpoznasz handlarza niltheą? => Po wyhaftowanym na wysokości łopatki Oku.
(Wszyscy ci, którym się nie chciało wysłać odpowiedzi, niech się wstydzą. Łatwiejszych pytań chyba nie dało się wymyślić :].)

A teraz do rzeczy. Korzystając z okazji mojego pobytu u mamy, zostawiłam los zakładek w jej rękach. Poniżej zdjęcie pięciu zwycięskich karteczek.

 Na wypadek gdyby okazały się one nieczytelne, zamieszczam listę także tutaj:
  • Writerka
  • Kamil Z. (niepodpisana praca! imię i kawałek nazwiska pozwoliłam sobie wyciągnąć z maila)
  • Adam Hart
  • natka55
  • Lelcia
Do każdego ze zwycięzców odezwę się mailowo w poszukiwaniu danych do wysyłki, jak tylko uda mi się ogarnąć sprawy dnia dzisiejszego. Mam obsuwę absolutnie we wszystkim, ale teraz, skoro wyniki mamy już za sobą, mam nadzieję, że mi to wybaczycie.

Wszystkim uczestnikom raz jeszcze serdecznie dziękuję za udział i wykonaną pracę. Moje serce radowało się z każdą otwieraną wiadomością, ponieważ wiem, że każde z zadań wymagało zaangażowania i czasu. Zwycięzcom serdecznie gratuluję, a tym, którym tym razem się nie udało - albo trafili tutaj już po fakcie, obiecuję, że z pewnością zdarzą się jeszcze okazje, w których będzie można coś wygrać. Kiedy? Śledźcie czerwonopiachowego Facebooka i Twittera, a z pewnością nie przegapicie ani jednej z nich!

Dzięki, kochani. Owocnego poniedziałku!
https://www.facebook.com/pages/Vessna-Storiae/1406484456348743?ref=ts&fref=tsĆwierkacz

Fejsbuki nie gryzo.

6 września 2015

Rozdzial XIV

Minęły cztery długie dni od pamiętnej zawieruchy w wewnętrznym mieście. Gdy burza uspokoiła się na dobre, na placu nie widać było nic prócz powywracanych straganów, połamanych drew i podartych materiałów. Po ziemi turlały się wtedy nieliczne ocalałe butelki, z którymi ostatecznie rozprawiła się późniejsza nocna settara, już druga w tym tygodniu. Po więźniach, których Lotrikos Wyrte zostawił na pastwę żywiołu, nie było śladu.

Teraz stał oparty o futrynę drzwi posterunku, obracając w palcach metalowy przedmiot, który dostał od ynserackiego kupca tamtego dnia. Torisov wciąż leżał nieprzytomny, a mimo to kapitan Branter nie zwolnił grupy z choćby jednego zadania. Na rzecz ojczyzny! Ta.

18 lipca 2015

Czytelnicy wybrali nazwę dla uniwersum!

Tydzień temu, gdy zdecydowałam się na narysowanie kolejnej mapy (w sumie ostatnią rysowałam nie tak dawno, bo pół roku temu, ale już nie mogłam na nią patrzeć), doszło do mnie, że światowi Czerwonego piachu brakuje nazwy.


Wymyśliłam kilka, nie mogłam się zdecydować. Wtedy, zła na siebie, że pomyślałam o tym tak późno - przypomniałam sobie, że przecież Piach jest z założenia pracą wspólną, jak mogłabym więc zdecydować o czymś takim sama!

Tydzień wyborów i kilkadziesiąt oddanych głosów postawiły sprawę jasno. Od tej pory nasz świat nazywany będzie:

Ceinnthar.


Ta nazwa zwyciężyła, zdobywając 47 procent głosów. Niedużo dalej był mój osobisty faworyt, Redd'arth z 38 procentami. Jartheana została na szarym końcu, ale ponieważ zabrakło mi dzisiaj jednego miasta na mapie - to Jartheana, obcięta o jedną literkę ("h"), wylądowała na nowej mapie jako stolica Breneiry, do której chyba jeszcze nigdy nie zajrzeliśmy - i się na razie na to nie zapowiada, chociaż jeśli ktoś z was miałby na to jakiś pomysł... hm. :D Kto wie, kto wie!

Kończąc już - ja oczywiście udziału w głosowaniu nie brałam i wyboru w żaden sposób nie sugerowałam - wyszłam z, wydaje mi się, poprawnego założenia, że nie powinnam tego robić. Za to wam wszystkim bardzo za pomoc dziękuję. Gdyby nie wy, ten świat wciąż byłby tylko "światem"!

Do mnie należało narysowanie nowej mapy, do czego zabrałam się już kilka dni temu, a dziś pozwoliłam sobie ją wykończyć. Jak wygląda - zobaczycie tutaj. Koniecznie powiedzcie, co o niej sądzicie! Poniżej mapy znajdziecie też małą ciekawostkę :).

I już ostatnia rzecz. Zastanawiam się nad stworzeniem kolejnej podstrony - z zasadami wymowy konkretnych nazw. Słuchając kilku imion płynących z ust jednej ze sprawdzających (oj, ^.^), stwierdziłam, że przydałoby się coś takiego. Niemniej jednak, wymaga to sporo pracy, dlatego chciałam spytać, co o tym sądzicie.

Zasady wymowy - potrzebne, czy nie?

https://www.facebook.com/pages/Vessna-Storiae/1406484456348743?ref=ts&fref=tsĆwierkacz

Fejsbuki nie gryzo.

12 lipca 2015

Nazwa uniwersum - wybierzmy ją razem! ^.^

głosujemy

Gwoli przypomnienia i zachęty:
Z boku, po prawej, ankieta, o której wspomniałam wcześniej. Nie sposób nie zauważyć.

Nie będę się powtarzać, powiem krótko: to najwyższy czas, żeby czerwonopiachowy świat przestał być czerwonopiachowym światem, tak stwierdziłam w piątek rano. Proszę więc was, dobrzy obywatele, byście zagłosowali mądrze, gdyż ta demokratycznie wybrana przez was nazwa pozostanie nazwą tego świata już na zawsze.

Czeka nas tylko jedna tura wyborów, więc proszę oddać głosy jak najszybciej. Kraj (a nawet cały świat!) na was liczy! Gotowi? To zapraszam tam, na bok ==>

A potem oczywiście do wyborczej urny, nioch, nioch.

Nad nazwami myślałam długo, ale żadna więcej mi do głowy nie przyszła. Jeśli ktoś miałby ochotę dodać swoją, proszę ją zgłosić pod tym postem. Dodam do ankiety i ewentualnie przedłużę głosowanie.

PS. Wiem, że niekulturalnie zasłoniłam post, ale warto pamiętać, że pojawił się już nowiutki rozdział: Zimny przerywnik II, krótki, bo krótki, ale ważny dla fabuły!

10 lipca 2015

Zimny przerywnik II


W Virithadzie zawsze brakowało porządnych środków transportu. Od kiedy  Irrathinar sięgał pamięcią, nawet zwykłe zwierzęta zdolne do przewożenia ludzi na swych grzbietach zdarzało się widywać poza Gotstranhaimem niezwykle rzadko. Nikt nie znał przyczyny tej sytuacji, ale sprawiała ona, że ludzie z południa przyzwyczajeni byli do pieszych wędrówek.

Irrathinar wraz z dwójką towarzyszy spędził w podróży cztery długie dni, podczas których śnieg i mróz nie chciały odstąpić ich na krok. Brodzili w świeżym białym puchu sięgającym kostek, po wydeptanych wcześniej drogach, a kiedy choć na moment schodzili z głównego traktu, wpadali w zależałe zaspy po kolana.

Ponieważ stara południowa zasada dotycząca dalekich wypraw mówiła, że to dowodzący powinien odezwać się na nich pierwszy, cisza trwała nadzwyczaj długo. Irrathinar musiał przemyśleć sporo spraw, a milczenie pomagało w rozważaniach na egzystencjalne tematy. 

Zapadał znów zmrok, gdy z daleka zaczęli dostrzegać falujące światła pochodni miasta po południowej stronie łańcucha. To tutaj zaczynała się przesławna przełęcz Frent-Zighat – jedyne bezpieczne przejście przez zdradzieckie góry. Pewniejszym swego życia można było być tylko omijając pasmo od południa – i nadkładając przy tym kilkanaście dni drogi.

 Przeszywające zimno wzmagał ciągnący od wschodu wiatr, a oni – o ile jako mieszkańcy tej części świata byli do mrozu przyzwyczajeni, o tyle ten znosili wręcz fatalnie. Suchy, świdrujący, przenikający każdą komórkę ciała. Nie wolno było się zatrzymać – jedyną ochroną przed rychłą śmiercią było kontynuowanie mozolnej wędrówki.

Ciepłe światło ogrzewało wzrok, gdy wędrowali w stronę miasteczka. Z tej strony nie było strzeżone w żaden sposób – dopiero górzysta granica mogła stanowić przeszkodę na drodze ku Trenssie.

Frent był spokojnym miejscem. Niewiele się tu działo, jeśli nie liczyć ciągłych zatrzymań i przesłuchań w sprawie nasilającego się przemytu nilthei, której zwyczaj ciągłego zażywania pustynni kupcy starali się zaszczepić w południowych sercach.  

Idąc wąskimi ulicami, nie spotkali żywej duszy, ponieważ pod wieczór mało kto miał ochotę wychodzić na dwór – było po prostu zbyt zimno. Nie rozważając nawet innych opcji, zatrzymali się w gospodzie „Nad przepaścią”, w której Irrathinar spędził wiele lat swojej młodości, gdy jeszcze pracował w górach jako jeden z królewskich wojowników.

„Nad przepaścią”, jak sugerowała nazwa, faktycznie leżała nad przepaścią – nad pierwszym od południowej strony uskokiem skalnym, którego gładki kamień odbijał księżycowe światło każdej bezchmurnej nocy. Niegdyś można było w cieplejsze dni zasiąść przy stolikach znajdujących się na szerokim tarasie i podziwiać oblodzone głazy – do czasu, kiedy jeden z gości, zafascynowany rozpościerającym się przed nim widokiem, nie zauważył zbyt niskiej balustrady – i runął wraz z nią po skalistej ślizgawce. Karczmarz, jak Irrathinar miał się okazję tej nocy przekonać, wciąż opowiadał przyjezdnym, że gdy wychylą się wystarczająco przez jedno z małych okienek, z pewnością dojrzą w otchłani na wpół rozłożone ciało nieszczęśliwca. Ot, miejscowa atrakcja turystyczna.

– Już parę lat temu słyszałem o tych burzach w Trenssie – przytaknął Oltrech, jeden z dwójki towarzyszy w drodze ku północy, pociągając solidny łyk piwa, gdy usiedli przy jedynym wolnym stole. Wbrew wędrującemu przekonaniu, że we Frencie mieszka niezwykle mała liczba osób, tamtejsze wnętrza tętniły życiem noc w noc. Wesoły ogień buchał w kominku, a opłacony przez karczmarza grajek próbował nadążyć niewyraźnym acz przepełnionym radością śpiewem za dźwiękami, które wydobywał ze swej lutni.

– Ja teeeż! – prawie krzyknęła Aalora, dwudziestotrzyletnia brunetka, którą król nakazał Irrathinarowi zabrać ze sobą jako straż przyboczną. – Ponoć w południe cała ziemia się unosi, robi się duszno i gorąco. Och! Jak tam musi być pięknie! Byliście tam kiedyś? – Dwóch mężczyzn spojrzało na siebie porozumiewawczo. Dopóki Irrathinar, dnia drugiego od wyruszenia, nie odezwał się słowem, dopóty dziewczyna wciąż wzdychała i pomrukiwała ze złością, przeklinając w myślach prawo, które zakazywało odzywania się na wyprawie zanim zrobi to kapitan, a które bezwzględnie należało uszanować. Kiedy jednak dowódca zdecydował się na ten krok, nie spodziewał się, że przez kolejne dni zalewać ich będą kolejno fale gadaniny, niepotrzebnej ekscytacji i wybuchów radości. Nie znał drugiej osoby, która by mówiła tak wiele, tak głośno i tak entuzjastycznie, i miała przed oczami tak złudnie wesoły obraz świata. A przy okazji była wojowniczką.

– Dawno. Kurz, brud i gorąc. Nic przyjemnego – odparł Irrathinar, który od wielu lat nie wychylał się poza stolicę Virithadu, a trensseńską granicę przekroczył tylko raz w życiu, by naszkicować na mapach północną część łańcucha górskiego, na którego terenach właśnie się znajdowali. Irrathinar generalnie był świata ciekawy i lubił zwiedzać – czy to miasta, czy to przetykane rzadką roślinnością połacie pustego terenu – ale, co sam słabo pamiętał, podczas pobytu na pustyni coś musiało mu się nie spodobać na tyle mocno, że nie zamierzał nigdy tam wracać. A przynajmniej nie z własnej woli.

– Tak się cieszę! – kontynuowała Aalora, unikając wzroku towarzyszy, a swoim błądząc po ścianach pomieszczenia wypełnionych głowami upolowanego w górach zwierza. – Nigdy jeszcze nie przekroczyłam granicy, żadnej. Ciągle tylko śnieg, śnieg, śnieg. Zawsze marzyłam, żeby ubrać się w jakieś lekkie ciuszki i zatańczyć w słońcu, taaak…

Irrathinar wolał sobie nie wyobrażać tak roztrzepanej osoby podczas walki, którą zresztą miała się zająć w wypadku, gdyby ktoś chciał przeszkodzić im w interesach. Nie krył się z opinią, że przy owym przebieraniu się i tańczeniu jej zgrabne ciało i porywczy charakter sprawdziłyby się o niebo lepiej. Kartograf zaczął się nawet zastanawiać, czy władca nie wysłał ich w innej sprawie niż ta, o której mu powiedział. Może czekało ich jakieś oficjalne spotkanie, o którym wiedziała tylko ona, a które nie miało nic wspólnego z wojowniczymi zapędami króla Dotryga. 

Tak czy inaczej, miał nadzieję, że nigdy nie będzie mu dane dowiedzieć się, jak Aalora radzi sobie na polu walki. Od dawna nic go nie cieszyło tak bardzo, jak z to, że – chociaż przeszło mu wcześniej przez myśl, by tego nie robić – koniec końców zdecydował się zabrać ze sobą broń. 

Dzięki, o Nieufności!



⚜ NASTĘPNY ROZDZIAŁ ⚜
-------------------------------------------------------

Jak obiecałam, jest. Krótkie to to i niezbyt pojemne, jeśli o treść chodzi. Nawet głupio byłoby rozdziałem nazywać. Jeśli ktoś coś, to oczywiście na pomysły czekam, chociaż akcji nie pchnęłam do przodu od poprzedniego przerywnika, więc niewiele z tamtych udało mi się wykorzystać - wszystkie jeszcze czekają.

Mam takie nieskrywane marzenie, żeby pisać częściej - tak, jak to miało miejsce w poprzednie wakacje, ale jakoś motywacji mi brakuje. Czytelnicy przychodzą i odchodzą - a to, że odchodzą dzieje się wyłącznie z mojej winy, i wiem o tym doskonale. Z chęcią napisałabym coś nowego, ale Piach jest wciąż na pierwszym miejscu mojej listy. Może jakaś jednopartówka, może coś krótkiego. Marzę o napływie weny, ech.

Następny rozdział, mogę to obiecać, będzie sensowniejszy. Ciężko będzie zejść poniżej dzisiejszego poziomu.

Dzięki, że jesteście.
Buziaki.

PS. Nadrabiam czytanie. Jak o kimś zapomniałam, to się proszę przypomnieć.
PS2. W najbliższym czasie pojawi się ankieta odnośnie do nazwy dla całego piaszczystego świata (wreszcie będzie miał jakąś nazwę, jej!). Mam kilka propozycji i chciałabym, żebyśmy o tym zadecydowali razem, jak na nas przystało ^^. Bądźcie czujni!



https://www.facebook.com/pages/Vessna-Storiae/1406484456348743?ref=ts&fref=tsĆwierkacz

Fejsbuki nie gryzo.

1 lipca 2015

Portale społecznościowe - wakacyjne wieści

Wreszcie. Po prostu - wreszcie.
Nie pisałam, nie miałam czasu, nastroju, ani ochoty, a czasem nawet możliwości. Kilka dni po egzaminach wciąż nie mogę spojrzeć na żadną pisaninę. Książki czyta mi się ciężko, po polsku jeszcze ciężej. Muszę odpocząć.
Muszę. Ale nie w tej chwili. Miałam stworzyć rozdział, obiecałam pod koniec czerwca, ewentualnie początek lipca. Wypadł akurat kolejny z Zimnych Przerywników - krótszy niż ostatni, ale i treści niewiele. Już leży napisany i czeka, aż dziewczęta skończą wakacjować i będą w stanie go sprawdzić (pytając o termin, usłyszałam "w przyszłym tygodniu").
Ale ja w zasadzie nie po to. Mam do oznajmienia inne rzeczy. I tak, tak. Dzisiaj tylko gadanina.

Zebrałam się w sobie (a jak wiedzą starzy znajomi, zbierałam się już od roku) i postanowiłam zrobić krok w stronę najczęściej uczęszczanej strony Internetu - a w zasadzie dwa kroki.

Po pierwsze: Twarzoksiążka
https://www.facebook.com/pages/Vessna-Storiae/1406484456348743?ref=ts&fref=tsVessnę od niedawna można polubić na Facebooku (a nie Facebook'u, jak uwielbia pisać Internet). Spytacie się, dlaczego Fanpage nie dotyczy Piachu, lecz mnie samej. Pamiętam takie czasy, kiedy sama sporo czytałam i wcale nie chciałam, żeby moi znajomi wiedzieli, że czytam jakieś "Miłości do prędkości" czy "Poznasz mnie za czwartym zakrętem". A jeśli zobaczyli jedynie, że czytam kogoś, a nie coś, jakoś wyglądało to dla mnie lepiej. Po prostu.
Polubić można, nie zamierzam tam wrzucać zbędnych treści - na razie jedynie powiadomienia o notkach, co w pewien sposób powinno zrekompensować czytelnikom zniknięcie możliwości zapisania się do Informowalni. Polubić nawet trzeba, bo każdy lajk motywuje tak samo, jak blogowy komentarz. A komentarze na Fejsbukach także mile widziane.
Jeśli chodzi o ewentualne zostawianie pomysłów, publikowanie ich na Facebooku będzie się wiązało z brakiem podziękowań na liście w bocznym menu, ponieważ wydaje mi się, że nikt nie chciałby, żeby publikowano tu jego nazwisko.

Po drugie: Ćwierkacz
ĆwierkaczJak można ją polubić, tak można też i zaobserwować. Na Twitterze jestem nieco rzadziej, ale pisać i wylewać żale można śmiało, pomogę w życiowych problemach, nawet jeśli odczytam powiadomienie po tygodniu. I oczywiście tutaj także będą się pojawiać informacje o nowych rozdziałach.
Jeśli pytania do opowiadania, albo pomysły, to proszę pod hashtagiem #czerwonypiach i skierowane do mnie (@VessnaStoriae, co zresztą widać na profilu), tak, bym na pewno je odczytała. Podziękowania będą oczywiście w postaci nicku po prawej zalinkowanego do profilu na Twitterze.

Podsumowując: jeśli kiedykolwiek miałeś jakąś wymówkę, żeby nie napisać tego, co myślisz o Piachu, albo nie dorzucić swojego pomysłu, bo nie mam konta na Bloggerze, bo głupio tak z anonima, bo mama/żona na obiad woła, to teraz już się nie wywiniesz! Hah!

PS. Jeśli masz prywatną sprawę, chcesz pogadać o nowym przepisie na babeczki, albo potrzebujesz mapy do swojego opowiadania, wystrzegaj się fejsbukowych wiadomości prywatnych - nie mam do nich cierpliwości, wolno się ładują i czasem nie dostaję o nich powiadomień. Swoją skrzynkę mailową odwiedzam dużo częściej, i szybciej odpowiadam na listy niż na cokolwiek innego. Adres podawałam już setki razy, ale jeśli gdzieś ci umknął, to proszę bardzo: vessna.storiae@gmail.com 

Cóż więcej? Cieplutkich wakacji, kochani ;).

18 kwietnia 2015

Rozdzial XIII


Gdy radosny ogień tańczył już w kominku, a strzelanie niedosuszonego drewna zagłuszyło jęki settary, trójka ludzi siedziała na puchatym dywanie, w rękach trzymając parującą spokojem herbatę. Nie odzywali się.

Kiedy płomienie po raz kolejny buchnęły silniej, Illythea położyła się i podparła na łokciach, po czym rzuciła niecierpliwe spojrzenie obydwu mężczyznom.

– Skąd się znacie? – spytała, gdy wciąż milczeli.

– Mógłbym zapytać o to samo – Parran wzruszył ramionami.

– I ja także – przyznał Fersé. – Ale skoro byłem ostatni, to chyba ja powinienem zacząć. – Co chcesz wiedzieć? – zerknął na Parrana pytającym wzrokiem.

– Na przykład jak to jest, że zaczynasz kogoś szkolić, po czym przestajesz to robić. – Jego ciemne oczy oplotły spojrzeniem długie rude loki. Fersé zaśmiał się szczerze.

– Ależ, ależ! Nie zarzucaj mi niekonsekwencji! Sam wiesz, że zawsze dotrzymuję słowa.

– Aż za bardzo – usta Parrana wykrzywiły się w złośliwym półuśmiechu na wspomnienie dawnych wspólnych wypadów. 

– Nie uczyłam się u Czarnego. – Po tych jej słowach spojrzał na Fersé pytająco, po czym wrócił wzrokiem do dziewczyny.

– To co tu robisz? – Illythea odwróciła głowę w stronę ognia. Przymknęła oczy. 

– W zasadzie, to ja też jestem ciekaw – przyznał Fersé. – Nie zrozumcie mnie źle, ale nie byłem przygotowany na odwiedziny starych znajomych.

– Nie chciałeś pochwalić się nowym mieszkankiem? – Parran zaśmiał się, omiatając wzrokiem pomieszczenie. Było malutkie, znajdujące się we wgłębieniu między dwiema większymi kamienicami tak, by nie zwracało uwagi – a jednocześnie bardzo przytulne: wszędzie, gdzie nie spojrzeć, leżały mięciutkie dywany i wielkie poduszki. Mebli było raczej niewiele, jeśli nie licząc kilku regałów zastawionych książkami i przykurzonymi rupieciami. W rogu pokoju, w którym siedzieli, wciśnięte były wąskie schodki, prowadzące na górę.

– Długo mnie tutaj nie było. Kiedy wróciłem, nagle okazało się, że Xanffres zmarł, władza się zmieniła, a w mieście panuje straszny bałagan. Sam wiesz, że przy takich okazjach robienie interesów to czysta przyjemność;  choć, prawdę mówiąc, okazja wcale nie minęła – Aderan nie zauważyłby nawet, gdyby mu cały zamek zwinęli spod nosa. A, właśnie. Wiecie coś na ten temat? Co się z nim stało?

– To ty ostatnio siedziałeś na jego taborecie, panie królu.

– Nigdy tak o tym nie myślałam, ale faktycznie można cię z nim pomylić, Fersé. Z daleka. I właściwie od kiedy jesteś blondynem?

– Bez złośliwości, moi drodzy. Wiem tylko tyle, że on zniknął. Tak po prostu, tuż przed uroczystością. Wygląda na to, że został uprowadzony.

– Nie szukaj w tym drugiego dna – wtrącił Parran. – To idiota. Równie dobrze mógł zejść do lochów i sam się zatrzasnąć w którejś z cel.

– A jeśli nie? Pomyśl tylko, jeśli coś mu się stało – leży gdzieś zakrwawiony, bez ręki i nogi – dobrze byłoby go znaleźć.

– I zostać oskarżonymi o okaleczenie bezpotomnego władcy? Świetny pomysł.

Illythea westchnęła ciężko, po czym powoli wstała i poprawiła włosy.

– Co jest?

– Nic. Nie mogę siedzieć w nieskończoność w jednym miejscu. Poza tym mignęły mi gdzieś tutaj jakieś pyszne ciasteczka – odparła, kierując się w stronę kuchni. Wzrok Parrana przykuła krwiście zabarwiona skóra spodni wokół ran, jakich dziewczyna nabawiła się podczas szalonego biegu do kryjówki. Materiał porwany był trzema równoległymi szarpnięciami kolczastych łodyg, ale ona zdawała się kompletnie nie zwracać na to uwagi. Widok, owszem, był przedni, ale jednocześnie niepokojący. Wizja kobiety, która nie przejmowała się bólem, nie przekonywała Parrana. Jeśli nie u Czarnego, być może u kogoś innego. Musiała się gdzieś uczyć sztuki przetrwania. Po prostu musiała.

– Czuj się jak u siebie – rzucił Fersé.

– Nie omieszkam.

***

Siedzieli wszyscy wspólnie na największym posterunku straży w wewnętrznym mieście. Ale kiedy głównodowodzący dritheńskiej straży chwalił swych podwładnych za dobrze wykonaną pracę, przed oczami Lotrikosa Wyrte stanęła scena, której świadkiem był niecałą godzinę wcześniej. Obserwował dwóch więźniów rzeźbiących w maśle. Jednego, Erme Artystę, znał dobrze z opowieści o jego złodziejskich dokonaniach. Czasem, jak mówili mieszkańcy, nawet w biały dzień widać było śmigające po dachach obrazy i gęstą kolorową czuprynę, szarpaną przez ciepły wiatr.

Drugiego, niesamowicie otyłego i zupełnie łysego, który łyżkami zjadł prawie cały maślany blok, zanim ten zdążył choćby zacząć się topić, nie kojarzył zupełnie. Krążyły wśród straży legendy o więźniu, który potrafił skonsumować dosłownie wszystko, ale Lotrikos nigdy nie wierzył żołnierzom, którzy spędzali życie w zamku. Głupota króla ponoć potrafiła być zaraźliwa.

Śmiech przeczekujących burzę na komendzie rozniósł się po wszystkich jej pomieszczeniach. Wyrte nie odwrócił się nawet, by sprawdzić, co zabawnego się wydarzyło.

Z jego naprędce poczynionych obserwacji jasno wynikało, że dwoma skazańcami nikt się nie zajął podczas ucieczki przed wichurą. A skoro to on stał najbliżej, on powinien się o nich zatroszczyć. I jeśli tego nie zrobił, oznaczało to, że więźniowie zostali na zewnątrz – i albo już nie żyją, albo niedługo przyjdzie im się z tym światem pożegnać. 

Piach sypnął wściekle w okno, przez które spoglądał na zakurzoną ulicę.

Skazał ich na śmierć.

***

– Podsumujmy: siedzimy pod stertą drewna – gdyby nie podest, na którym rzeźbiliśmy, pewnie już by nas zwiało. Na zewnątrz szaleje settara. Pozostałych dwóch już z nami nie ma – kiedy ostatnio ich widziałeś? Jestem głodny, w poszarpanych ciuchach i przykuty do jakiegoś głazu. Coś jeszcze?

– Masło kapie ci na kolano.

– A tak, masło. Niedobrze mi.

– Nie ma się co dziwić, skoro w pół godziny zżarłeś pół tony tego–

– Nie wymawiaj tego słowa więcej, błagam.

Erme Artysta uniósł ręce w poddańczym geście. Siedzieli naprzeciwko siebie, skuleni pod nieco zapadniętym po środku, drewnianym podestem, na którym wcześniej rozgrywała się maślana konkurencja. U ich lewych nóg ciążyły ogromne kamienie, które przedtem gwarantować miały niemożność ucieczki. Trzeba było przyznać, że nawet gdy wichura się zerwała i z miejsca uroczystości oddalili się niemalże wszyscy, łańcuchy wiążące więźniów z głazami spełniły swą rolę aż nazbyt dobrze.

– Masz pilniczek? – spytał grubszy z mężczyzn, którego imienia nikt już nie pamiętał. Nikt też nie wiedział, kiedy je zapomniano. Starczy, że od dawien dawna mówiono mu Szachraj.

– Mama przysłała mi go ostatnio w ciasteczkach. – Artysta uśmiechnął się, tak jak zwykł to robić, gdy na chwilę tracił kontakt ze światem rzeczywistym, zatracając się w… Szachraj do końca nie wiedział w czym. We wspomnieniach? W marzeniach? Ciężko było to określić. On także pamiętał czas, w którym sam miał taki wyraz twarzy: z dnia na dzień bardziej niezrozumiały dla otoczenia, dla samego siebie. Było to wtedy, gdy wszystko wokół w jego oczach zdawało się nadzwyczaj dobrze ułożone – choć, jak się potem okazało, dla innych świat, który widział, wprost stał na głowie.

– Ty nie masz matki, Erme.

Drobne ziarenka piasku przesypały się przez dziury w podeście niczym przez zwężenie klepsydry. Coś stuknęło na górze raz i drugi, a potem jedna z desek z boku przesunęła się ku górze, kolejna odrzucona została gdzieś dalej.

Gdy połamane drewno z wolna ukazywało przestrzeń poza zamkniętą częścią ich tymczasowego schroniska, oczom dwóch więźniów ukazała się drobna postać. 

Chłopiec; lat miał może jedenaście, a może trzynaście. Erme nigdy nie był dobry w ocenianiu wieku innych ludzi. Gdy dzieciak schylił się, by przejść pod załamaną częścią podestu, jego przydługie ciemne włosy odbiły przyćmione słońce czerwonym refleksem. Ubrany był całkiem zwyczajnie, choć tkaniny, z których uszyte było czarne odzienie, warte byłby więcej niż nie jeden obraz, który Erme miał okazję w swoim życiu ukraść.

– Co tu robisz, mały? – spytał Szachraj, dziwiąc się szczerze.

– Szukam neesthów – odparł chłopiec, patrząc mu prosto w oczy, a jego wzrok wydał się Szachrajowi dziwnie podobny do tego, którym obdarzał go czasem Erme: i co do którego nie można było być pewnym, czy już oznacza szaleństwo, czy jeszcze zamyślenie.

– To chyba nie jest zbyt dobry pomysł – powiedział po chwili zamyślenia. – Powinieneś się raczej przed nimi ukryć. – Gdzieś w głębi jego skamieniałego serca odezwała się nutka troski, którą jak najszybciej postarał się stamtąd wyrzucić. – Wszyscy powinniśmy się ukryć. To miejsce zaraz się zawali.

– Chodźcie, zaprowadzę was – nieznające troski i smutku dziecięce oczy odwróciły się w stronę szalejącej zamieci, a mała dłoń zapraszała do wyjścia z kryjówki. 

– My nie mamy jak odejść. Jesteśmy…

Przykuci. To chciał powiedzieć. Ale kiedy poruszył nogą, nagle poczuł niesamowitą lekkość. Kajdany, którymi przymocowano im głazy do kostek, leżały obok. Niezniekształcone, nieotwarte, niezniszczone. Po prostu leżały, jakby ktoś wydostał ich nogi, nie używszy do tego ani odrobiny siły fizycznej.

***

Tak szybko, jak wichura się pojawiła, tak i zaczęła zanikać. Po dwóch godzinach nie było już po niej najmniejszego śladu. Korzystając z powstałego wcześniej zamieszana, Lyth wymknął się z zamku, chcąc zaszyć się gdzieś, gdzie w spokoju mógłby pomyśleć, co dalej zrobić ze swoim życiem. Król zniknął, a przecież to on był jedyną osobą, której Lyth mógł zaufać – przynajmniej w kwestii dalszego egzystowania na tym świecie, jakiekolwiek miałoby ono być.

Wpadł nawet na pomysł, żeby króla poszukać, ale szybko z niego zrezygnował, zrozumiawszy, że nie zna nikogo z jego podwładnych na tyle, żeby podejrzewać kogokolwiek o porwanie, ani nawet miejsc, w które lubił chadzać, jeśli założyć, że po prostu wybył, szukając chwili odpoczynku od wszystkiego.

Zdziwił się więc srodze, gdy przed bramami zamku spotkał dwójkę swych przyjaciół. Tych samych przyjaciół, którzy namówili go na samowolne zwiedzanie zamku. Gdy ich zobaczył, naraz wstąpiło w niego zarówno poczucie zażenowania – że tak łatwo dał się złapać strażom, a także duma – że od tej pory żył na zamku, niczym drogocenne zwierzę, którego właściciel nie wypuściłby z klatki nawet za cenę utraty własnej wolności.

Lyth chciał po prostu minąć ich i iść w swoją stronę, ale ci podążali za nim przez kolejnych kilkaset kroków, namawiając do wysłuchania ich słów. Nie chciał.

Dopiero gdy usłyszał „wiemy, gdzie jest król”, stanął, odwrócił się w ich stronę i jął słuchać uważniej.
– To myśmy go uprowadzili. Było nam głupio, żeśmy cię tak tam, do zamku znaczy, wepchnęli i zostawili. I pomyśleliśmy, że jak król na trochę zniknie, to będziesz mógł uciec. No i uciekłeś. 

– Gdzie on jest? – to było jego jedyne pytanie. Wiedział, że nikt nie lubił króla i zdawał sobie sprawę, dlaczego tak było. Ale to właśnie on darował mu życie. A Lyth powinien mu się umieć odpłacić. Duma zabraniała mu być dłużnym komukolwiek, bez znaczenia, jak ów człowiek był postrzegany i jaką miał przeszłość.

Nastała chwila ciszy, po czym padło wypowiedziane szeptem wyznanie:

– Zamknęliśmy go w wychodku – odparł jeden z chłopaków, na co drugi ryknął śmiechem. 

– Żebyś widział jego minę! 

– Gdzie?

– Na końcu Kręgów, wiesz, tam w zaułku zabaw.

Lyth znał to miejsce. Był to placyk pomiędzy czterema starymi kamienicami w najbiedniejszej dzielnicy Drithenii. Na jego skraju stały trzy drewniane budki, każda z wykrojonym na wysokości oczu serduszkiem.

Poszli tam. Czuł się zobowiązany do uwolnienia króla z tej nieprzyjemnej sytuacji. Przesiedział tam już wystarczająco długo i choć Lyth wiedział, że ten będzie najbardziej wściekły na pierwszą osobę, którą zobaczy, to czuł, że po prostu musi tam pójść i go stamtąd wyciągnąć.

Mały kwadratowy placyk skąpany był we wszechobecnym cieniu. Wiatr bujał niedomkniętymi okiennicami, szary kot ze zbyt krótkim ogonem przebiegł gdzieś obok. Trójka dawnych przyjaciół spojrzała w stronę, gdzie winien spokojnie siedzieć zamknięty wbrew swej woli władca.

Wszystkim trzem nagle zrobiło się gorąco. Wiatr zaszumiał złowrogo, cienie stały się jeszcze ciemniejsze, w klaustrofobicznym kąciku zabaw nie było już widać słońca znad wysokich dachów.  

W miejscu, gdzie stać powinna środkowa budka, pozostał tylko równy kwadrat ubitego piachu. 


-------------------------------------------------------
Pierwszy raz chyba udało mi się skończyć rozdział przed upływem miesiąca od publikacji poprzedniego - ale brak czasu moich pań poprawiających teksty skutecznie wydłużył okres oczekiwania. Co by nie było, nic dziwnego, więc przepraszać już nie będę, chyba wszyscy się przyzwyczaili.

Konkrety. Kto wyniósł Aderana? Gdzie? Po co? I jak się dowiedział, że ten siedzi sobie w ciasnej samotni? Jak mały Tanik uratuje dwójkę więźniów od settary? I czy Lotrikos Wyrte zdecyduje się poczynić jakieś kroki, by także dopilnować, że Szachraj i Artysta przeżyją? A może wcale go to nie obchodzi? Jak zwykle, kochani, wszystko zostawiam w waszych rękach.

Ze spraw bardziej organizacyjnych, posprzątałam ostatnio trochę na blogu, choć pewnie ciężko to dojrzeć, i znalazłam w końcu odrobinę czasu na stworzenie miniaturek dla rozdziałów (ładne takie, ojejku ^^). Poza tym przypomniałam sobie, co działo się rok temu, gdy zbliżała się sesja (a jak dla mnie już się powoli zbliża) i chciałabym uniknąć dwumiesięcznej obsuwy w publikacji rozdziałów, toteż chciałabym napisać choć jeden do przodu (pomysłów nie brak, bo wypadnie akurat kolejny przerywnik), by w czerwcu nie było przerwy. Jak mi to wyjdzie, zobaczymy. Trzymajcie kciuki. 

A jak będziecie czekać za długo, to krzyczcie. Ponoć jak ktoś kopie leżącego, to leżącemu łatwiej wstać i się do roboty zabrać. O ile oczywiście leży z powodu swego lenistwa.